V Wybranka : Rozdział 15

piątek, 1 września 2017

Rozdział 15


            Krzątała się po pokoju zniecierpliwiona, ciągle poprawiając sukienkę na swoim ciele. Darowała sobie na razie szpilki, bo miała jeszcze około pół godziny zapasu. Stanęła przy oknie, biorąc głęboki oddech i przymykając oczy. Uspokój się, Cara. Ty masz tylko porozmawiać. Kilka pytań, proste odpowiedzi. Przecież sobie poradzisz. Wojny nie będzie. Mówiła do siebie, próbując skupić uwagę na panoramie Stolicy, powoli skrywającej się mrokiem. Jeszcze nie był to czas na lampy uliczne, a szkoda, bo dziewczyna bardzo polubiła ich tajemniczy blask.
            Gdy obudziła się rano, sukienka już leżała na fotelu, a śniadanie na stoliku obok. Rzeczywiście zaskoczyło ją to. Była identyczna jak ta, którą przeglądała podczas jej przygody z tabletem, pierwszego dnia pobytu w pałacu. Naprawdę nie spodziewała się tego i z trudem udało się jej powstrzymać łezki, wiercące się za powiekami.
            Odwróciła się i podeszła do lustra, by spojrzeć na siebie ostatni raz. Wyprostowała śliski materiał, po czym chwyciła jeszcze tylko małą, czerwoną torebeczkę, leżąca na komódce i opuściła „swój” pokój.
            Dobrze poinformowano ją, w której części pałacu będzie odbywała się uroczystość, więc dotarła na miejsce z łatwością. W zasadzie nawet nie musiała tego wiedzieć, ponieważ cały czas towarzyszył jej strażnik, podążając za nią niczym cień.


~*~ 

            Sala była niewyobrażalnie pięknie ustrojona. Zamontowane przy suficie lampy sprawiały, że wszystko zmieniło swą kolorystykę z delikatnego złota na srebro z błękitem. Cudowny, kryształowy żyrandol zwisał z samego środka sufitu i Cara nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Był po prostu wspaniały!
            Stała jeszcze przez chwilę na szycie schodów, spoglądając na tłumy gości, przemieszczających się między sobą na dole. Osobna sala z jedzeniem mieściła się tuż obok, lecz z tej perspektywy trudno jej było cokolwiek dojrzeć. Natomiast na kilku stołach w sali tanecznej ustawiono kieliszki z domniemanym alkoholem, co by goście zyskali więcej chęci do zabawy dzięki nim.
            Carter stał wraz z pokaźnym wianuszkiem panienek, okalających go w taki sposób, że znajdował się w środku okręgu bez wyjścia. Ciemnowłosa zaśmiała się pod nosem, rozpoczynając powolną wędrówkę po ogromnych schodach na sam dół i modliła się w myślach o to, by nikt nie zwrócił na nią uwagi.
           
            Dostrzegł ją prawie na samym początku, kiedy tylko pojawiła się na samej górze. Niestety dziewczęta nie dawały mu spokoju z pytaniami, a nie wypadało mu ignorować dam z wyższych sfer. Nie chciał znowu odbywać karcącej rozmowy z ojcem. Zupełnie nie było mu to potrzebne.
            Kątem oka dostrzegł, jak Cara stąpa po ostatnich już schodkach.
            - Przepraszam na chwilę, mam obowiązek przywitać jednego z gości honorowych – oznajmił, uśmiechając się przy tym tak pięknie, że żadna z pań nie potrafiła odmówić. Rozstąpiły się przed nim, dając możliwość do przejścia.
            Ubrana w długą, czerwoną sukienkę – w dodatku była od niego – podkreślającą jej kobiecie ciało, zstąpiła z ostatniego już schodka. Uśmiechnął się pod nosem, zdając sobie sprawę, że sukienka uwydatniała jej mięśnie, ale postanowił zachować to już dla siebie. Nie chciał, żeby się przestraszyła, a wiadomo, że dla niektórych kobiet takie wydarzenia są stresujące. Ich oczy spotkały się ze sobą, a ona przesłała mu najcudowniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek mógł ujrzeć. Cieszył się, że pozwoliła oddać się w ręce fryzjerki i jednak nie przyszła w rozpuszczonych włosach. Elegancko spięty kok dodawał jej więcej uroku, a pojedyncze, wolno puszczone kosmyki wyglądały bardzo uroczo.
            - Witam piękną damę – przywitał się, podchodząc do niej i ujmując jej dłoń, by po chwili złożyć na niej trochę zbyt długi pocałunek. – Nie spodziewałem się tak oszałamiającego widoku.
            Zaśmiała się, ale kompletnie ją sparaliżowało. Ciągle była w takim szoku, że ciężko jej było cokolwiek powiedzieć.
            - B-bardzo dziękuję – szepnęła, dygając tak, jak ją nauczono. Carter zagwizdał.
            - Jestem pod wrażeniem, zachowujesz się tak, jakbyś robiła to od lat! – Naprawdę chciała, by było to prawdą. Nie chciała posmutnieć. Starała się to ukryć, ale niestety nie umknęło to uwadze Cartera. – Cara, nic…
            - Jest dobrze. Naprawdę – odparła na szybko, unosząc dłonie w obronnym geście, po czym rozejrzała się dookoła. – Tu jest naprawdę nieziemsko. – Rozmarzyła się.
            - To prawda, specjaliści się postarali.- Skinął głową, a jego ręce powędrowały do kieszeni. Nie potrafił spuścić z niej wzroku. Wyglądała tak pięknie, aż nie mógł uwierzyć, że to ta sama dziewczyna, którą przez paroma tygodniami przywieziono spod granicy.
            Cara rozglądała się dookoła co chwilę, choć nie powinna, bo ostrzegała ją o tym Vivian. Niektórzy goście ją rozpoznają i zaczną uważać za wariatkę. Ale jak miała nie zachwycać się takim widokiem? Czemu inni ignorowali te wszystkie wspaniałe dekoracje? Nie mogła tego pojąć.
            - Mogę prosić? – Głos chłopaka wyrwał ją z zamyślenia. Wyciągnął do niej swą dłoń, a ona dopiero po chwili zrozumiała, że chodzi o taniec.
            - Oczywiście. – Złapała go delikatnie za rękę, a gdy poczuł, że jego partnerka jest bardzo spięta, przyciągnął ją do siebie pewniej. Oplotła swoimi rękami jego szyję, a on chwycił ją mocniej w talii, obnażając swoje perliste zęby.
            Przesunęli się w stronę środka parkietu, by zniknąć między innymi tańczącymi parami. Cara posłała mu wdzięczny uśmiech. Poczuła się swobodniej, gdy wtopili się w tłum. Jej oczom nie umknęły liczne spojrzenia, skierowanie prosto na nich. Nie lubiła być w centrum uwagi, a przy tańcu z synem samego prezydenta z pewnością było to nie do uniknięcia, zważając chociażby na to, ile dziewcząt wcześniej pragnęło jego uwagi.
            Ich taniec był bardzo swobodny i nie wymagał tych wszystkich specyficznych kroków, czy figur, których uczyła się z Vivian. Kolejna rzecz, za którą była wdzięczna Carterowi. Szpilki przy takiej formie poruszania się na parkiecie nie sprawiały jej większego problemu.
            - Mówiłem już, że pięknie wyglądasz? – szepnął jej na ucho, a jej twarz automatycznie buchnęła czerwienią. Nie odpowiedziała. – Wiesz, ile te wszystkie panny wydały na strój, włosy, a nawet makijaż? To jest śmieszne! Nie rozumiem tak bezsensownego wydawania pieniędzy… - a właśnie, a propos pieniędzy!
            - Em – mruknęła. – Carter, co do tej sukienki… - Nie dokończyła.
            - Nic nie mów, Cara. To prezent. – Odsunął się od niej tak, by spojrzeć w jej piękne, błękitne tęczówki. Chciała odpowiedzieć, ale stanowczo zagroził jej palcem i już wiedziała, że jest na straconej pozycji, więc westchnęła i uśmiechnęła się delikatnie.
            - Znam powód tego bezsensownego wydawania pieniędzy – rzekła, powtarzając dokładnie jego słowa zadziornie.
            - Doprawdy? Chcę posłuchać tej teorii. – Zaciekawił się, nieświadomie zaciskając dłoń mocniej na talii dziewczyny. W tej jej kobiecości było tyle siły, ile żadna inna nie potrafiła w sobie znaleźć. Imponowała mu.
            - Dziewczyny – zaczęła, po czym pokręciła głową. – Kobiety – poprawiła się – lubią mieć powód. – Carter uniósł jedną brew do góry. – Nie robią tego same dla siebie, tylko dla kogoś.
            Dopiero po chwili dotarło do niej, co właściwie powiedziała. Zamrugała kilka razy i zarumieniła się, po czym spuściła wzrok, czując się niezręcznie. Cartera rozbawiła jej postawa: te rumieńce i zachowanie. W zasadzie nie powiedziała nic złego.
            - Ja, ten… - próbowała coś z siebie wyksztusić, gdy nagle obok nich zjawił się ochroniarz.
            - Paniczu, Prezydent wzywa na rozmowę.
            Dlaczego mówił o nim tak oficjalnie? Przecież Carter jest jego synem.
            Chłopak westchnął i skinął głową na znak zrozumienia, po czym odwrócił się przodem do ciemnowłosej. Nie chciała, żeby ją zostawiał.
            - Wrócę do mojej najpiękniejszej partnerki. Jesteś mi winna prawdziwy taniec – oznajmił z cwaniackim uśmieszkiem i chwycił w dwa palce kosmyk jej włosów, swobodnie opadający na zaróżowiony policzek.
            - Nie zamierzam uciekać.
Po chwili już go nie było.
Vivian. Gdzie ona jest? Zaczęła się rozglądać nerwowo po sali i opuściła parkiet, znajdując się wśród usilnie polemizujących między sobą ludzi. Starała się nie zwracać ich uwagi, chociaż niektórzy mimo jej starań wodzili za nią wzrokiem. Te spojrzenia nie spodobały się Carze, bo nie należały do najmilszych.
Chwyciła za materiał sukienki, by pomóc sobie pokonać duży dystans, unikając upadku na oczach tylu zgromadzonych, obcych ludzi. Z nerwów i stresu zaczęła się pocić. Carter uspokajał ją i dzięki niemu zapomniała, jak dużo ludzi naprawdę się tu znajdowało.
Tylko nie zemdlej!
- Znowu się spotykamy. – Jej uwagę zwrócił bardzo dziewczęcy, melodyjny głos, dochodzący tuż zza jej pleców. Gdy się odwróciła, ujrzała tą samą dziewczynę, którą kilka dni temu staranowała na korytarzu. – Muszę przyznać, że nieźle cię odstawili. Pewnie tydzień musieli pracować, żeby doprowadzić to takiego efektu – oznajmiła, szczerząc się przy tym niczym najgorsza jędza. W przeciwieństwie do Cary, drobniutka blondyneczka postanowiła zarzucić na siebie śnieżnobiałą, bardzo obcisłą kieckę, sięgającą jej do kolan, przez co mogła wyglądać prawie jak aniołek.
Ale w głębi duszy była diablicą, choć Cara uznała to stwierdzenie bardziej za komplement, niż obelgę. Diablice mają chociaż jakiś iloraz inteligencji, którą ona wydawała się nie grzeszyć.
- Ja przynajmniej mam co pokazywać i nie musiałam wypychać pewnych miejsc – odgryzła się, krzyżując ręce na piersi. Nie umknęło jej to, że przez dwa dni jej piersi zdążyły powiększyć się aż dwukrotnie. Widząc jej naburmuszoną minę, chciała się wycofać, lecz mała ją uprzedziła.
- Słuchaj, nie wiem za kogo ty się uważasz, ale mów sobie co chcesz, mnie to nie rusza! – Prawie krzyknęła.
- Właśnie widać… - Cara ziewnęła.
- Po prostu odczep się od Cartera. Nie jesteś dla niego dobrą partią – fuknęła, zbliżając się do ciemnowłosej o krok. Uniosła do góry jedną brew, kompletnie nie rozumiejąc jej intencji. – No i czego się tak dziwisz? Widzę, jak na ciebie patrzy, ale wierz mi, tu nie chodzi o żadne głupie uczucie. Nie oczekuj niczego od niego, prócz wykorzystania. Zawsze tak robi, a koniec końców wraca do mnie. – Cmoknęła ustami, wydymając je tak, jakby upewniała się, że jest na wygranej pozycji.
Cara przez chwilę stała zdezorientowana. Nie chciało jej się wierzyć, że Carter taki był. Idiotko, ile ty go znasz?! – karciła się w myślach. Jednak postanowiła się nie poddawać. Z resztą, ona i tak nic do niego nie czuła. W końcu… Po pierwsze: znali się stanowczo za krótko. Po drugie: rzeczywiście żadne z nich nie miało na co liczyć, skoro Cara miała zbyt słabą pozycję w kraju, a po trzecie: tak czy siak, wraca do domu po balu, a Carter z pewnością specjalnie dla niej ryzykował nie będzie. Byli jedynie przyjaciółmi, bo dobrze im się razem rozmawiało, prawda?
Prawda?
Cara, przecież wierzysz w to, co mówisz…
- Słuchaj, mała. – Ciemnowłosa podeszła do złotowłosej jak najbliżej mogła. – Nie mam pojęcia, co jest między wami i nie mam zamiaru w to wnikać, bo po prostu mam to gdzieś. Nie wiem, czego się mnie uczepiłaś, skoro to kwestia kilku dni i już mnie tu nie będzie, a tak w ogóle to wątpię, by ktoś taki jak Carter zechciałby wziąć na wybrankę serca kogoś, kto jest zazdrosny o taniec z przyjaciółką. Na ślubie Panu Młodemu też każesz nie odstawać od stołu, no chyba że będzie miał zatańczyć z tobą? Współczuję takiego życia i powodzenia – odrzekła na odchodne, po czym odwróciła się do niej plecami, nie chcąc słuchać ani jednego kolejnego słowa, wypluwającego się z jej pyskatej buzi.
Chwała, że udało jej się trzymać ma wodzy, bo pięści już świerzbiło, by ulżyć sobie na jej wytapetowanej twarzy.


~*~

- Nie bawisz się za dobrze, co nie? – Cara siedziała w sali obok, na miejscu oznaczonym jej nazwiskiem. Vivian odnalazła ją po godzinie i przysiadła się na miejsce obok, póki było wolne. Jak zwykle, nieodłączną częścią jej garderoby, był tablet. Zawsze musiała mieć go ze sobą, zawsze.
- Aż tak bardzo widać? – Zaśmiała się, patrząc z ukosa na kobietę. Zawtórowała jej i rozejrzała się po gościach. – Carter mnie zostawił, a ja nie bardzo mam ochotę rozmawiać z obcymi – wyznała, ujmując w dłoń kieliszek z szampanem i upijając łyk. Fuj, niedobre.
- Powiedziałabym, że to ty jesteś dla nich bardziej obca – sprostowała z wymalowanym na twarzy rozbawieniem. Oparła łokieć swobodnie o stół.
- Jakaś blondynka uczepiła się mnie – wyznała po chwili ciszy, a Vivian posłała jej tylko pytające spojrzenie. – Kilka dni temu wpadłam na nią na korytarzu i od razu zaczęło się niemiło, a teraz kazała mi się odwalić od Cartera. – Pokręciła głową. Nadal bawiła ją ta sytuacja. Dziwne mieli tu poglądy na ludzi.
- Czyli poznałaś księżniczkę Laylę. – Westchnęła.
- Kogo? – Spytała od razu.
- Layla jest córką jednego z najbogatszych obywateli Stolicy. Ma wszędzie wtyki, więc ojciec Cartera dogadał się z jej ojcem, żeby ta dwójka wzięła kiedyś ślub. Ale Panicz nigdzie się z nią nie pokazuje. Kto by nie był zły z takiego powodu? – Obie skinęły głową. Nie miała pojęcia, że w tych czasach istnieje jeszcze takie coś, jak aranżowane małżeństwo. Uczyła się o tym podczas tych marnych paru lat szkoły.
Westchnęła. Zrozumiała teraz, dlaczego wystraszyły go jej słowa podczas tańca. Z pewnością uznał to jako podtekst, że i ona odstroiła się tak specjalnie dla niego, podczas gdy on jest zainteresowany (?) inną kobietą. Szkoda, że nie wiedziała o tym wcześniej.
- Mogłam z nim nie tańczyć. Kurde, a jak pokręciłam mu jakieś stosunki z jakimiś… no wiesz. – Zamartwiała się tak mocno, aż ścisnęła brązowowłosą za rękę, by zwrócić na siebie uwagę.
- Och Caro, to nic takiego. Jak nie ty, to inna poprosiłaby go o taniec. – Chwila, poprosiła? Dziewczyna? Ale… tym razem to on poprosił ją. Postanowiła zachować to dla siebie i podrapała się tylko po nosie. – Zastanawiam się, kiedy w końcu zaproszą cię na górę do rozmowy. – Zmieniła temat, wskazując dyskretnie palcem na lożę, znajdującą się na piętrze.

Cara nawet nie miała pojęcia, jak tam można było się dostać, ale dała radę zauważyć z oddali sylwetki trzech mężczyzn, w tym rozpoznała jednego młodzieńca, którym był nie kto inny jak zaginiony Carter.

1 komentarz:

  1. Wredna i zazdrosna żona szykuje się dla Cartera. Współczuje Carze tego, że znajduje się w tak obcym dla niej miejscu. Z chęcią dowiedziała bym się jak przebiegnie jej spotkanie z samym prezydentem gdy już wyjawi jej swoje zamiary.
    Pozdrawiam, Lena.

    OdpowiedzUsuń