V Wybranka : Rozdział 13

czwartek, 20 lipca 2017

Rozdział 13



              - Carter, stój! – Po korytarzu rozległ się donośny krzyk ciemnowłosej dziewczyny, biegnącej korytarzem. O mało nie wpadła na chłopaka, czekającego z przejęciem. Złapał ją za biodra, by zatrzymać, bo wzięła całkiem niezły rozpęd i prawie by w niego wleciała. Zmierzył ją wzrokiem i uniósł pytająco brew.
              - Co się stało? Ktoś cię goni? – zażartował, obnażając przed nią swoje śnieżnobiałe zęby.
              - Musimy pogadać. Koniecznie. – Położyła nacisk na ostatnie słowo, a jej twarz nie wykazywała żadnych pozytywnych emocji. Tylko powaga i widoczne zniecierpliwienie. Chłopak milczał przez dłuższy czas i zerknął na swój zegarek, po czym westchnął i stanął przy oknie.
              - Więc co jest tak ważnego, żeby mnie zatrzymywać? – Skrzyżował ręce na piersi i oparł się o ścianę.
              Cara chwilę się jeszcze zastanawiała, udając, że stara się złapać oddech, bo przecież przebiegła tak długą trasę… Wprawdzie sama nie wiedziała, czy powinna podjąć się tej rozmowy, ale skoro już go zatrzymała, to niegrzecznie byłoby nagle odwrócić się i stwierdzić, że to może poczekać.
              - Ja… ja chcę porozmawiać z ojcem. – Zająknęła się, ale nie spuściła z niego wzroku. – Nie wiem, co się wyrabia w tym waszym pałacu, ale ja już mam dość tego czekania i chcę go zobaczyć, chociaż tyle! Muszę wiedzieć, że nic mu nie jest, bo zaraz zwariuję. Nie chcesz wiedzieć, co śni mi się nocami i nawet nie waż się pytać.
              - Cara, spokojnie. – Chłopak złapał ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy. Wtedy dopiero ujrzał jej potargane włosy, zaczerwienione oczy i delikatnie wyczuwalny pot na twarzy. – Mogę poprosić, żeby podano ci leki na spokojny sen…
              - O mój Panie, Carter! – wrzasnęła ponownie i złapała się za głowę. – Ja nie chcę żadnych idiotycznych lekarstw, nigdy nie nafaszeruję się niczym podobnym! I nie odwracaj tematu, nie odpuszczę rozmowy z ojcem – oznajmiła stanowczo, a na podkreślenie powagi jej słów skrzyżowała również ręce na piersi.
              Carter znalazł się w bardzo niekorzystnej sytuacji. Co miał jej powiedzieć? Chętnie by jej pomógł, bo nie mógł patrzeć, jak cierpi, ale nie mógł nic zrobić w tym temacie. Westchnął bezradnie i położył sobie rękę na czole, szukając jakiegokolwiek wyjścia z tej sytuacji. Dobrze wiedział, że rozmowa z ojcem nic by nie wniosła, bo z miejsca by odmówił. W końcu nie dbał o tak nisko postawioną osobę w pałacu, nawet jeśli była jego gościem. Zgodził się na jej pobyt tylko i wyłącznie ze względów dyplomatycznych, po wcześniejszym obserwowaniu jej osoby.
              Z kolei Cara była coraz to bardziej zniecierpliwiona. Tak, koszmary zaczęły przychodzić coraz częściej i stawały się coraz gorsze. Miała już tego dość. Żałowała, że zwlekała z tą sprawą, zamiast spytać od razu, w końcu tu chodziło o jej tatę! Niestety, musiało o tym zadecydować jej zdruzgotanie po najgorszym możliwym śnie, jaki mógł się jej przytrafić.
              - To jest niemożliwe – odparł ze smutkiem po chwili, nawet nie patrząc na dziewczynę. Może to i lepiej, bo jej mina nie była za ciekawa.
              - Niby dlaczego? – Słychać było w jej głosie pretensje, jak i zaciekawienie.
              - Kurde, Cara… Ja naprawdę chciałbym pomóc, nawet nie wyobrażasz sobie jak! Ale ojciec nigdy na to nie pozwoli… - Westchnął bezradnie, smutnymi oczami spoglądając w pełne nadziei tęczówki ciemnowłosej.
              Odwróciła głowę i przymknęła oczy, nadal ze skrzyżowanymi rękoma na piersi.
              - Jasne, tak to już bywa w pałacu, prawda? – Pokręciła głową. I po co jej to było? Wiedziała – nie powinna pytać wcale. Teraz już nie poprosi o nic. A może w ogóle powinna zacząć protestować, skoro tyle się od niej wymaga, a ona nic w zamian nie dostaje? Głupie zdjęcie albo rozmowa przez telefon... Czy to naprawdę było tak wiele? Strażnicy w miasteczku z pewnością mieli telefony, więc mogliby nagrać dla niej ojca i przesłać je do pałacu. Nauczyła się już o tym trochę, więc wiedziała dobrze, że taka możliwość istniała i była do zrealizowania, więc słowa Cartera okazały się dla niej po prostu kłamstwem.
              - W ogóle cię teraz nie rozumiem. – Uniósł ręce w geście kapitulacji i zrobił krok wstecz. – Dobrze wiesz, jak jest, uczysz się o naszym świecie, więc powinnaś to zrozumieć…
              - Tak, właśnie! UCZĘ się, dostrzegasz różnice? – odrzekła z pretensją, rozkładając ręce i kręcąc głową z zażenowaniem. Naprawdę miała już dość tej rozmowy, bo prowadziła donikąd. Niczego nie załatwi, koszmary będą ją męczyć dalej, a personel na każdym kroku będzie ją nawiedzał ze stosem pigułek.
              - Cara, ja… - Chciał złapać ją za ręce, ale szybko wyrwała się z jego uścisku i posłała mu oskarżycielski wzrok ze ściągniętymi brwiami.
              - Idź już – powiedziała wściekła, lecz on nie odszedł. Stał i patrzył się na nią smutnym wzrokiem, który ani trochę na nią nie działał. Sama odwróciła się na pięcie i ruszyła pewnie przed siebie, zostawiając chłopaka z niczym.
              Nie mogła uwierzyć. Myślała, że choć tyle będą mogli dla niej zrobić.
              Wcale nie potrzebowała pokoju z dwuosobowym, a’la królewskim łóżkiem, nowych ubrań, wielkiej i czystej łazienki z ogromną wanną ani tak dobrego jedzenia, bo równie dobrze mogli dawać jej resztki z obiadu czy wtrącić do lochu… O ile coś takiego w ogóle tu mieli.
              - Hej, uważaj, jak łazisz! – wrzasnęła na nią jakaś dziewczyna, na którą wpadła za rogiem. Zamyśliła się i zniknęła na moment ze świata żywych.
              - Masz jakiś problem? Patrz na swoje nogi – odpysknęła jej.
              Dziewczyna o jasnych włosach zrobiła się strasznie czerwona ze złości i zacisnęła swoje małe piąstki. Matko, ależ ona była drobniutka…
              Parsknęła śmiechem.
              - Co ty masz na sobie w ogóle? Co za szmaty… - Chwyciła kawałek materiału jej bluzki i rozdziawiła usta, robiąc sobie niezły ubaw z naśmiewania się z Cary.
              - To piżama, bezmózga idiotko – wypaliła, strącając jej rękę zamaszystym ruchem i chyba musiało ją to zaboleć, skoro ciemnowłosa usłyszała za sobą syknięcie, kiedy odchodziła. A może na nią parskała jak wściekły kot?
              Chętnie wdałaby się w dłuższą kłótnię, bo chciała na kimś wyładować swoją złość, jednak wolała nie robić tego z przypadkowo spotkaną pannicą. Kto wie, może była kimś wpływowym? Nawet jeśli, to zachowywała się jak zwyczajna suka, ale Cara po prostu nie chciała nikomu podpaść w pałacu.
              - Och, kochanie, dobrze że jesteś – usłyszała w oddali i zatrzymała się na kilka sekund. Zmarszczyła brwi, po czym ruszyła przed siebie. Pewnie to był jej chłopak albo ktoś w tym rodzaju, nie powinna się tym przejmować. Za to zaczęła się zastanawiać, kto o zdrowym umyśle chciałby być z kobietą zrobioną jedynie ze skóry i kości? Jej piersi nawet nie wystawały poza głęboki dekolt, jakim świeciła przed nią jeszcze przed minutą.
              Zatrzasnęła za sobą drzwi i osunęła się na ziemię, przywierając do nich plecami. Westchnęła ciężko i otarła policzki z łez, które wyłoniły się zza jej powiek. Tak strasznie tęskniła za domem, a oni nie potrafili tego zrozumieć. Uważała, że Carter powinien przekonać ojca z całych sił, żeby mogła porozmawiać ze swoim. Powinien to zrobić. Powinien.




~*~

              - Liczę, że wszystkie wymagania zostaną spełnione – oznajmił mężczyzna, podając swojemu powiernikowi tablet zawierający wszystkie informacje na temat balu. – Już mówiłem, ma odbyć się w sali balowej, tu, w pałacu. Nie wybieramy się poza pałac. – Głos prezydenta był stanowczy i w zupełności nastawiony na potwierdzenie każdej jego prośby.
              - Oczywiście. – Służący ukłonił się delikatnie. – Osobiście dopilnuję, żeby wszystko zostało idealnie odwzorowane.
              - Świetnie. – Pan Walters podszedł do okna i wyjrzał przez nie. W ręce trzymał szklankę whisky, którą popijał co jakiś czas, uśmiechając się sam do siebie. – Czy prezydent ze wschodu ma się dobrze? – spytał, nawet się nie odwracając.
              - Nie narzeka, odbywa wycieczki po naszym kraju. Aktualnie powinien przesiadywać w schronie przy granicy i wyczekuje dnia balu – objaśnił mężczyzna w marynarce. Różnie nazywali tu swoich pomagierów. Prezydent Walters mówił na niego kamerdyner, służący, pomagier, prawa ręka… Nigdy nie znalazł właściwego określenia. Spełniał jego życzenia, a jednocześnie doradzał przy każdych sprawach politycznych i nigdy nie kwestionował jego decyzji, nawet jeśli były złe.
              Może wydawać się to dziwne, ale nikt z pałacu nie chciał stracić swojej pracy. Nie mogą przedstawiać tu swoich przekonań i kwestionować samej głowy państwa, bo Bóg wie, co by się z nimi stało. Musieli żyć wbrew swoim przekonaniom i jeśli tylko padło pytanie ukierunkowane w sprawie polityki istnienia biedniejszych miasteczek – przeważnie odpowiadano kłamstwem i stawano po stronie swojego pracodawcy.
              - Ile czasu potrzebujecie? – spytał Walters, odkładając szklankę na komodę.
              - Cztery dni, mój Panie – odpowiedział z szacunkiem. Mężczyzna skinął głową i odesłał powiernika gestem ręki.
              Za cztery dni wszystko ulegnie zmianie.



~*~

              - Co to niby jest? – Cara spoglądała na przedmiot z niezadowoleniem, w ogóle nie wiedząc, jak powinna się do niego zabrać. Od rana nie była w dobrym humorze, więc jakiekolwiek zmiany w treningach nie wpływały na nią pozytywnie. Obracała rękojeść bez ostrza w dłoni i miała właśnie rzucić nim w kąt.
              - To jedna z naszych nowoczesnych technologii. Choć nikt nie używa teraz mieczy, zostało zaprojektowane na rozkaz prezydenta, by urozmaicić naukę dla was – tłumaczył jej trener, przechwytując przedmiot do swoich rąk. – Wystarczy przycisnąć… i już. – Ku jej zaskoczeniu, ostrze wysunęło się ze środka rękojeści i błyszczało.
              Carze w ogóle się to nie podobało. Patrzyła na miecz zniesmaczona i ze skrzyżowanymi rękami na piersi. Zaskakiwało ją to wszystko, ale po co? Pokręciła głową, dając tym samym do zrozumienia, że nie ma zamiaru uczyć się tym posługiwać.
              Parsknęła śmiechem w duchu. Robią z siebie idiotów…
              - W takim razie proszę za mną – oznajmił, odwracając się na pięcie. Tym razem na treningu pojawiło się około dziesiątka uczniów. Dotychczas Cara przychodziła tu sama i liczba przesiadujących tutaj nie przekraczała pięciu. 
              Prowadził ich przez korytarz do zupełnie innego pomieszczenia. Wyjął klucz z kieszeni i otworzył im drzwi, ale przeszedł przez nie jako pierwszy. Ich oczom ukazało się wielkie pomieszczenie magazynujące broń. I to nie byle jaką. Cara nigdy nie widziała takich maszyn, ale postanowiła puścić to wolno.
              - Zapraszam tutaj, każdy bierze po jednym i przechodzimy dalej – poinstruował ich mężczyzna. Ciemnowłosa podążyła za resztą i wybrała jeden z wielu takich samych, małych pistoletów, który śmiało mogła trzymać w jednej dłoni.
              W kolejnym pomieszczeniu znajdowały się stanowiska strzelnicze, a na drugim końcu tarcze. Dokładnie dziesięć stanowisk, więc dla każdego po jednym. Dziewczyna rozejrzała się po innych, którzy zdawali się mieć zaniepokojone miny. Zmarszczyła czoło.
              - Od dziś zaczniecie trenować swoją celność. Miejmy nadzieję, że nie doczekamy się wojny ani konieczności rekrutacji do wojska ludzi niższej rangi, jednak trzeba patrzeć w przyszłość. Pamiętajcie, że tylko wy macie dostęp do takiej broni i pod żadnym pozorem nie radzę się wygłupiać na tych ćwiczeniach. Inne dzieciaki będą mogły jedynie modlić się i szukać schronienia pod ziemią, gdy wróg zaatakuje. – Cara uniosła jedną brew ku górze. Co to miało znaczyć? Nie dość, że kraj podzielono na biedne i bogate miasta, to jeszcze sama Stolica dzieliła się na bogatych i biednych? Przecież to jakaś paranoja.
              Podniosła broń na wysokość twarzy i przymknęła jedno oko, próbując wycelować w środek tarczy.
              - Panno Farrell, proszę opuścić broń. – Usłyszała donośny rozkaz trenera.
              - Cara – odparła z westchnieniem, w ogóle nie zrażając się tonacją jego głosu. Spojrzał na nią z uniesioną do góry brwią i podszedł bliżej.
              - Celuj. – Palcem wskazał na tą samą tarczę, w którą wcześniej wymierzała broń. Posłała mu nierozumiejące spojrzenie. – Skoro jest Pani taka pewna siebie, będzie Pani pierwszą, która strzeli. Śmiało. – Zachęcał ją i, co najgorsze, sama tego chciała. Chciał ją sprawdzić, czy jak? Nie rozumiała go, ale nie odmówiła.
              Stanęła na wyznaczonym miejscu i złapała broń w obie ręce, po czym uniosła ją na odpowiednią wysokość, by mogła wycelować w sam środek tarczy. Kilka chwil stała w skupieniu, zbierając w sobie wszystkie siły. Nacisnęła spust, a po sali rozległ się głośny wystrzał.
              Nie trafiła w środek, ale była znacząco blisko, na co trener tylko uśmiechnął się do siebie i przemówił do reszty.
              - Spokojnie, Cara miała dużo szczęścia, by trafić w okolice serca tego manekina. Teraz reszta, proszę ustawić się na swoich stanowiskach, do każdego podejdę po kolei i będę tłumaczył, co zrobić. Pierwszy wystrzał każdy z was odbędzie przy mnie, później będę tylko was obserwował – tłumaczył, przechadzając się po linii, za którą stanął każdy uczeń.
              Dziewczyna westchnęła. Miała szczęście? Chyba coś mu się przywidziało. Nie miała styczności z bronią i to jest całkowicie logiczne, bo przecież gdyby jej Ekipa zaczęła trenować celność na zwykłym pistolecie, skradzionym strażnikowi, nie daliby rady oddalić się dostatecznie od miasteczka, by wystrzał stał się dla nikogo niedosłyszalnym. Jednak radzili sobie w inny sposób, czyli prowizorycznymi łukami, tudzież po prostu kamieniami i innymi głupotami, które jednak z biegiem czasu okazywały się być przydatne.
              Może i byli głupi, ale nigdy nie stracili nadziei na swoje powodzenie w planowanej misji, która teraz jest jedynie zwykłym złudzeniem. Cara zaczęła sobie uświadamiać, że ma żadnych szans na ucieczkę i dobijała ją każda minuta myślenia o tym, w jaki sposób przekaże tą informację swoim, gdy wróci.
              O ile wróci.



Betowanie: Frix

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz