V Wybranka

czwartek, 5 października 2017

Rozdział 16


            Gdy oderwał się od rozmowy z ojcem i jego gościem honorowym dzisiejszego wydarzenia, od razu ją zobaczył. Co prawda może ich spojrzenia się ze sobą nie spotkały i bardzo tego żałował, jednak i tak uśmiechnął się pod nosem. W jeden ręce trzymał kieliszek z szampanem. Oparł się wygodnie o błyszczącą, ozdobną barierkę i z uśmiechem przyglądał się tej pięknej istocie, pogrążonej w rozmowie z Vivian. Jej skóra nie była blada, włosy miała ciemne, a czerwień dodawała jej odwagi, połączonej z nutką tajemniczości. Czerwień zdecydowanie była kolorem Cary.
            Rozejrzał się dookoła, napotykając znajome i nieznajome twarze obcych ludzi. Komu powinien ufać? Kto poparłby go, jeśli wprowadzi własne idee, łączące się z pomaganiem tym biedniejszym? Przygryzł wargę, w głębi siebie odszukując tę część, która bała się przyszłości. Społeczeństwo dzieli się na takie, które chce pomagać bezinteresownie, ale niestety wśród niego znajdą się tacy, którym ciężko byłoby obejść się z myślą, że ICH majątek zostanie roztrwoniony „bezsensownie”.
            Westchnął, powracając oczami do miejsca, na którym siedziała Cara, ale tej już tam nie było i nieświadomie wzdrygnął się.
            - Carterze – zwrócił się do niego ojciec, więc przekręcił głowę w jego kierunku.
            - Tak, ojcze? – Ton jego głosu ani trochę nie był swobodny. Zarówno na uroczystościach, tak jak poza nimi, zwracali się do siebie nader oficjalnie. Znowu zaczął zastanawiać się nad swoim prawdziwym pochodzeniem, bo nie czuł się tak, jakby miał ojca.
            - Możesz odejść, znajdź Laylę, weź ją do tańca… - Machnął obojętnie ręką, ale w gruncie rzeczy nie było dla niego byleczym. Powtarzał ojcu, że do żadnego ślubu z tak płytką i głupią osobą go nie zmusi, ale nic nie rozumiał. – Jej rodzice ucieszą się, jak was razem zobaczą – mówił z obojętnością.
            -  Ani mi się śni – skwitował, po czym skinął głową do prezydenta sąsiedniego kraju, który siedział obok ojca Cartera i po prostu odszedł. Miał dość ojca, jego idiotycznego zachowania, całego jego towarzystwa i swojego życia u jego boku.



~*~
           
            Już dawno znudziła się siedzeniem przy stole, więc grzecznie przeprosiła Vivian i wstała, ogarniając swoim wzrokiem salę wypełnioną ludźmi. Mijała ich z wolna, slalomem przemierzając pośród nich i czasami uśmiechając się pod nosem. Nikt jej nie zagadywał. Tylko co po niektórzy posyłali jej różne spojrzenia: wesołe, które odwzajemniała i nieokreślone, których unikała. Złość, czy odraza wobec niej? Nie wiedziała, jak powinna je odczytywać, więc puściła je wolno. Takie wieczory zdarzają się raz w życiu i nie mogła pozwolić sobie na zmartwienia.
            Carter, pomyślała. Gdzie on się podział?
            Szukała go wzrokiem od dłuższego czasu, ale zniknął jej z oczu od momentu, kiedy stał na tym balkonie, czy jak to się tam mogło nazywać. Ścisnęła mocniej torebeczkę, która stanowiła dla niej nie tylko zwykłą ozdobę. W środku niej znajdowało się coś, co było przedmiotem obronnym, w razie wypadku. Przezorny zawsze ubezpieczony mawiają, lecz pytanie czemu Cara miałaby czuć się niepewnie?
            Powód jest prosty – nadal nie ufała tym ludziom. Nie licząc Vivian i Cartera, oraz życzliwego ochroniarza, Franka. Panie, które pomagały jej zmagać się z zasadami pałacowej etykiety, również nie przejawiały według niej wrogich motywów, jednak co do tego całego zgromadzenia pewna nie była.
            Sylwetka Cartera przemknęła jej gdzieś na schodach i zniknęła za filarem. Zmrużyła oczy i mimowolnie podążyła za nim, upewniając się wcześniej, czy nikt jej nie obserwuje. Chyba nie miała obowiązku przebywać na tej imprezie przez cały czas, prawda? W razie czego powie, że poszła do łazienki. Tego raczej nikt nie zakwestionuje.
            Jeszcze na schodach odwróciła się parę razy i uśmiechnęła się pod nosem, bo każdy był zajęty sobą. Jej brązowowłosa towarzyszka również gdzieś zniknęła, a ochrona zdawała się ją ignorować, bo tak po prostu przepuścili ją wolno. Skinęła im głową, choć nie wiedziała czemu. Tego jej akurat nie uczono, przyszło tak samo z siebie. Wychyliła się zza rogu, spoglądając w głąb korytarza.
            Pustka.
            Uniosła do góry jedną brew, ale nie rozmyśliła się. Ruszyła przed siebie, jedną dłonią unosząc delikatnie materiał sukienki, dając jej nogom więcej swobody ruchów. Mnóstwo razy przechadzała się po pałacu. W końcu była tu już od dobrych trzech tygodni, jak dobrze pamiętała.
            Przywarła do ściany, słysząc czyjś głos. Nie należał do Cartera.
            Nie tak daleko od niej znajdowały się drzwi. Otwarte.
            - Dobra Cara, dasz sobie radę. Oddychaj – powiedziała do siebie i zaczęła przesuwać się bezszelestne wzdłuż ściany, zaciekawiona rozmową, odbywającą się wewnątrz pomieszczenia. Gdy już znalazła się dostatecznie blisko, zrobiła krok w przód i wyjrzała zza drzwi.
            Jej oczom ukazał się ojciec Cartera. Sam prezydent Stolicy. W towarzystwie nieznajomej sylwetki mężczyzny. Oboje ubrani w garnitury, zapewne kosztowne, popalali cygara.
            - Czy już wspominałem, jak ogromnie cieszę się z naszej współpracy? – zagaił prezydent, a drugi mężczyzna skinął głową z podejrzanym uśmieszkiem. Stali na środku pomieszczenia i spoglądali na ogromny monitor. Do Cary dopiero po chwili dotarło to, co zostało na nim wyświetlone.
            Masakra. Mord. Krew. Biedni ludzie…
            Uroniła jedną łzę.
            - Och tak. Nowe Imperium to nasza nowa przyszłość. Któżby się nie cieszył z takiego powodu? – Oboje się roześmiali, co dało dziewczynie do myślenia, jak bardzo się dogadywali. Nowe Imperium? O czym oni biadolili?
            - Niech pan nie zapomina o naszej biednej sierotce z Livery – wspomniał Walters.
            - Ach, jakże bym mógł! – Znów ten śmiech. Carze zrobiło się niedobrze. – Nie martw się o to, mój przyjacielu – że co?! – już ja się tym zajmę. Pogadamy sobie, poudaję, że ją rozumiem, jaka to tragedia i tak dalej… Ale, co jeśli zacznie pyskować?
            Jak ja ci zaraz…
            - Och, o to się nie martw. – Widziała, jak dopala cygaro do końca i rzuca do metalowego pojemniczka. Towarzysz zwrócił swoją twarz w jego kierunku i posłał pytające spojrzenie.  – Jeśli się nie pogodzi z przyszłością, która jest już przesądzona, wtrącimy ją do naszego wojska. Sprzeciwi się nam - wystąpi przeciw swoim. Będzie musiała ich wyeliminować, proste. W takim wypadku raczej nie zacznie robić numerów. – Nie mogła w to uwierzyć. Wariaci, po prostu wariaci!
- Wracajmy. – Stali jeszcze tyłem do niej i Cara zauważyła, jak skinął głową w kierunku wyjścia. Wycofała się i rozejrzała panicznie wokół siebie. Co robić, co robić?!
            Po niedługiej chwili rzuciła się w kierunku najbliższego zakrętu i schowała się za filarem, przylegając do ściany jak najmocniej. Starała się oddychać bardzo rzadko. Usłyszała ich głosy, które stawały się coraz głośniejsze. Zmrużyła oczy i wsunęła się jeszcze w zagłębienie filara. Uchyliła jedną powiekę, a gdy ujrzała przechodzące obok niej sylwetki mężczyzn, nie zdających sobie sprawy z jej obecności, odetchnęła z ulgą.
            Jednak jej ciekawość nie została zaspokojona. Zakradła się raz jeszcze i wparowała do tajemniczego pomieszczenia, a jej wzrok nie potrafił oderwać się od wielkiego ekranu. A właściwie – ekranów. Okazało się, że było ich tu sporo, jednak świeciły się tylko trzy.
            - O nie… - szepnęła do siebie, podchodząc bliżej.
             Widziała wszystko. Absolutnie wszystko. Jedno z miasteczek spowite w pyle. Walające się po ziemi ruiny budynków. Na niektórych krew, gdy kamera zrobiła momentalne zbliżenie. Czasami martwe ciała, poranione od strzałów i innych możliwości. Gdzieś zauważyła człowieka pozbawionego siebie od pasa w dół. Musiała odwrócić na moment wzrok. Ktoś to zrobił? Czy jedno z tych piekielnych broni? Jakaś bomba, zrzucona z nieba?
            Wpatrywała się w te wszystkie obrazy z wielkim bólem w oczach. Łzy tliły się gdzieś w głębi, ale nie chciała pozwolić im wyjść. Nikt nie mógł się domyślić, że tu była.
            Ale musiała znaleźć Cartera.
            Obraz zmienił się, ukazując zupełnie inne miasteczko. Podobny, a wręcz identyczny widok. Mało co zostało z budynków mieszkalnych, nawet tych kilkurodzinnych, budowanych z mocniejszych materiałów. I te dziwne białe maszyny, latające po niebie. Nie wyglądały jak typowe samoloty, które widziała z dołu niejednokrotnie. Były owalne, ale nie miały w ogóle skrzydeł. Co to miało być za ustrojstwo?
            Znowu ekran błysnął. Patrzyła teraz na obszar przy MURZE. Był całkowicie zniszczony. Widać było jedynie mnóstwo czerwonych cegieł porozrzucanych po placu.
            I ludzie. Biedni ludzie, przemieszczających się bezradnie po okolicy. Tu było spokojniej i choć może nie wypadało, ucieszyła się z tego. Może jeszcze jest jakaś nadzieja? Na tamtym obrazie widziała jedynie martwych, a tu widziała mozolnie poruszające się sylwetki. Zbierali to, co się dało, budowali schronienia. Wszystko widziała. ONI wszystko mogli zobaczyć. Gdyby chcieli ich zabić… Mogliby. Widzą, w których miejscach sypiają. Przecież mogliby wziąć ich z zaskoczenia. Przecież i tak nie mieli czym się bronić, więc dlaczego?
            Livery, uratuję was.
            Kiedy w końcu się otrząsnęła, odsunęła się prędko od monitorów i wybiegła z pomieszczenia, kierując się z powrotem na salę balową. Musiała jak najszybciej znaleźć Cartera i powiedzieć mu o tym. Dopadła ją ciekawość, czy wiedział. Przeczuwała, jak mogło być. Nie miał talentu aktorskiego i łatwo było cokolwiek wyczuć. Skoro… rzeczywiście nie mógł dla niej nic zrobić, żeby porozmawiała z ojcem, to może o niczym nie wiedział?
            A może to właśnie dlatego nie spełnił jej prośby!
            Wybiegając zza zakrętu, potknęła się o zawinięty dywan i runęła do przodu. Przymknęła oczy i pisnęła, czekając na bliskie spotkanie z podłogą, jednak jedynie, z czym się spotkała, to czyjaś sylwetka i zrozumiała wszystko dopiero po otworzeniu oczu.
            Potknęła się, wpadła na Cartera i razem runęli na ziemie. Z tym że to ona przygniatała jego, co pewnie nie było zbyt przyjemne.
            Ich spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę, a Cara zarumieniła się jak burak.
            - Ja, em… - Zdecydowanie próbowała coś powiedzieć, ale zamiast tego, wyszło jąkanie się. Podniosła się prędko, gdy się otrząsnęła. – O Boże, Carter! – wrzasnęła, przypominając sobie powód jej poszukiwań. Złapała oszołomionego krzykiem chłopaka za ramiona i potrząsnęła nim.
            - Co? Pali się? – Żartował, a ona przeciwnie. Przeszywała go wzrokiem, może nadal z lekkim rumieńcem, ale też z ogromną powagą, wymalowaną w jej błękitnych oczach.
            - Musisz coś zobaczyć! – wypaliła od razu, chwytając go za rękę i prowadząc do tajemniczego pomieszczenia z monitoringiem. W myślach upominała siebie, by nie zapomnieć oddychać. Wdech, wydech, wdech, wydech. Powoli się uspokajała, a razem z nim cały gorąc, który do niej napłynął.
            - Cara, powiesz mi w końcu… - Nie dała mu dokończyć. Po prostu wepchnęła go do środka i kazała patrzeć na to wszystko, co ona niedawno oglądała z bólem w oczach. Łzy znowu zaczęły napływać do jej oczu. Zacisnęła mocno dłonie w pięści.
            Natomiast on nie dowierzał temu, czemu się przyglądał. Nikt nigdy go nie uświadomił o obecności takowego pomieszczenia w tym pałacu – a wydawało mu się, że znał go całego. Całkowicie się mylił. Co jeszcze ojciec przed nim ukrywa? Może lochy i osobistych niewolników?
            Złapał się za głowę, zmierzwił włosy i nabrał spory haust powietrza do płuc. Widział ludzi, pogorzelisko, doszczętnie zniszczone miasteczka. Wstrzymał na moment powietrze. Czy Cara pomyślała, że ukrywał to przed nią? Nie! Nie chciał, żeby tak myślała! Nie mogła! Przecież on o niczym nie wiedział i właśnie dlatego zaczął się jeszcze mocniej obwiniać. Jak mógł przeoczyć coś tak ważnego?
            Pozostało tylko pytanie…
            - Co to ma wszystko znaczyć? – spytał, raczej sam siebie. – To… to jest przeszłość. Tak? Te wszystkie… To po prostu kamery nagrywają stan obecny, czy…
            - Carter, moje miasteczko wyglądało lepiej, kiedy mnie stamtąd zabraliście. MUR jeszcze stał w kilku częściach, no i podest. A teraz… - zawahała się. – Ci ludzie nie mają gdzie mieszkać. Budują schronienia, bo żołnierze nie dają im spać w bunkrze, przecież to widzę! – Machnęła rękami, czując się całkowicie bezradnie. Zbliżał się stan depresyjny, a ona nie umiała temu zapobiec.
            - Ja nie wiem co powiedzieć – szepnął, spuszczając głowę.
            Cara westchnęła i wzięła kilka wdechów, po czym zrobiła pierwszy krok w jego stronę i położyła mu rękę na ramieniu.
            - Nie wiedziałeś, prawda? – Pokręcił głową, a między nimi nastała cisza, trwająca przez dobre kilka minut. – Szukałam cię – wyznała w końcu – i wtedy natknęłam się na otwarte drzwi. Był tu twój tata i jego towarzysz, który jest winien zniszczeniu mojego domu. – Nie potrafiła podarować sobie tego szczegółu. – Oni chyba chcą zrujnować wszystkie biedniejsze części kraju, by stworzyć nowe, lepsze miejsce. Nazwali je Nowym Imperium.
            Milczał, więc nie dodała nic więcej. Głowę miał spuszczoną i nie patrzył się na nią. Czy było mu wstyd? Możliwe. Cara ścisnęła mocniej jego ramię, ale nie udało jej się tym zmusić go do spojrzenia na nią, więc zrobiła coś bardzo, bardzo spontanicznego i absolutnie nieprzemyślanego. Przysunęła się bliżej i go przytuliła.
            A on po kilku chwilach to odwzajemnił.
            - Carter – odezwała się po paru minutach. – Muszę uratować ojca.

            Te słowa zaważyły o wszystkim.


            ~*~
            Wybaczcie, że rozdział dodany tak późno, ale musiałam ogarnąć się nieco na studia, a potem na nich odnaleźć te kilka dni i w nowym mieszkaniu. Juz niedługo rozdziały będą pojawiały się tak, jak powinny :)