V Wybranka

czwartek, 10 sierpnia 2017

Rozdział 14


            Otworzył oczy i podniósł się do siadu w mgnieniu oka. Ostatnio źle sypiał. Ciągle przed oczami ukazywała mu się twarz zasmuconej Cary na wieść o tym, że nie ma tyle siły w sprawie kontaktu z jej ojcem. Bardzo chciał jej pomóc, ale nie dawała sobie tego przetłumaczyć. Od kilku dni nie odzywali się do siebie, a ona praktycznie zachowywała się tak, jakby go nie znała. W sumie nie powinien przejmować się nią aż tak bardzo, bo przecież po balu miała wrócić – a przynajmniej takie było założenie jego ojca. Ale to dziwnie uczucie, towarzyszące mu za każdym momentem, gdy ją widział, próbował się odezwać, a ona ignorowała go, bolało.
            Nie rozumiał sam siebie. Dlaczego niby miało go to ruszać? Nie znali się długo, więc teoretycznie powinna być mu obojętna. Lepiej dla niego, gdyby zajął się sprawami polityki, którą zdecydowanie w złym kierunku pchał jego ojciec. Dzięki Carze przejrzał na oczy i wiedział, że ich kraj nie działa dobrze. Mają wielu przeciwników, nie tylko w postaci sąsiednich krajów. Obywatele też powinni być ważni i dla Cartera rzeczywiście są. Ale już nie dla jego ojca, którego nos prowadzi zawsze w nieodpowiednich kierunkach.
            Westchnął przeciągle, przeczesując delikatnie wilgotnie włosy od potu. Oparł się wygodniej i zerknął na rozgwieżdżone niebo przez okno.
            Ostatnio nie rozmawiał z nikim, chyba że przymusowo, z czystych obowiązków. Jego przyjaciel, Winn, wyjechał z rodziną na jakiś czas, podobno w sprawach służbowych, bo wysłał ich sam prezydent i biedaczek nie potrafił odmówić swoim staruszkom. Z innymi dzieciakami wpływowych „przyjaciół” ojca nie miał tak dobrego kontaktu. Prawdziwego.
            Rozmowy z Carą naprawdę go odprężały i polubił jej towarzystwo. Więc co się z nim stanie, kiedy ją odeślą do domu?


            ~*~
            Udało mu się ją dopaść po śniadaniu. Jako pierwsza opuściła jadalnię, podczas posiłku nie zaszczycając go choćby spojrzeniem. Zauważył, że na treningach zaczęła być bardziej skupiona, co sprawiło, że zaczął rozmyślać nad sensem tego przedsięwzięcia. Właściwie, po co kazali jej tam przychodzić? Chcieli po prostu zadbać o jej formę? Coś mocno mu w tym nie pasowało i już wiedział, że ten wieczór z ojcem nie będzie należał do przyjemnych.
            - Hej Cara! – Zawołał za nią. – Cara, poczekaj! – Powtórzył się, gdy ta uparcie podążała przed siebie. Gdy ją dogonił, przytrzymał delikatnie za ramię. – Proszę.
            Dziewczyna odwróciła się automatycznie, gdy tylko poczuła jego palce na swoim odkrytym ciele i westchnęła, krzyżując ręce na piersi.
            - O co chodzi? – Jej głos był nad wyraz spokojny. Biło od niej niesamowite opanowanie, a może znudzenie? Sam już nie wiedział.
            - Chciałem, chciałem – nie mógł złapać oddechu pod tej porannej przebieżce, co delikatnie ją rozbawiło – chciałem cię przeprosić. – Gdy w końcu przeszedł do sedna, Cara spuściła na moment głowę i westchnęła. – Chcę żebyś wiedziała, że w stu procentach cię popieram i na twoim miejscu postąpiłbym pewnie tak samo. Rozumiem twój ból i uwierz w to proszę, bo każdy kiedyś za czymś tęsknił i sam o tym dobrze wiem. – Chłopak troszeczkę zaczął się mieszać i jąkać w swojej wypowiedzi, na co ciemnowłosa stwierdziła, że dodawało mu to uroku. – Nie wiem jak długo jeszcze u nas zostaniesz, ale…  - Uciął, gdy jej przepiękne, błękitne tęczówki zaczęły przenikliwie wpatrywać się w niego. Widział coś w tym spojrzeniu. Jakby… nadzieję? – Fajna jesteś, lubię z tobą rozmawiać i… lubię twoje towarzystwo. Chyba zaczynam wariować bez ciebie – wyznał na koniec z cichym śmiechem.
            Odwzajemniła tą radość, choć nadal była zmieszana. Uciekła wzrokiem w bok, mocno zastanawiając się nad tym, co właśnie powiedział. Owszem, była zła. Myślała, że Carter zdoła jej pomóc i wkurzyła się tylko dlatego, bo odmówił z powodu ojca. To są wyższe etapy działa, bynajmniej dla niego. Ona nie rozumiała i zaczęła sobie zdawać sprawę, że może nie powinna była tak na niego naskakiwać.
            Westchnęła, zerkając na niego.
            - No już nie dąsaj się tak, bo pomyślę, że chodzi ci o coś więcej. – Zaśmiała się, dając mu kuksańca w ramię. Wtedy oboje wzięli to za zwykły żart i nie mieli pojęcia, dokąd ich to doprowadzi.
            - Och, czy ty musisz zawsze wszystko psuć? – Zaczął udawać poruszonego i obrażonego, nadymając policzki jak małe dziecko, na co dziewczyna wybuchła, donośnie się śmiejąc.
            - Ja? Psuć? A gdzieżbym śmiała – zaprzeczyła kategorycznie, parskając przy tym śmiesznie. Stali tak chwilę, póki Carter nie zrobił czegoś szalenie dziwnego. Tak po prostu podszedł i przytulił ją, co całkowicie zbiło ją z tropu.
            - Pamiętaj. Wszystko będzie dobrze. – Szepnął tuż przy jej uchu, wywołując dreszcze na całym ciele. Odsunęła się od niego delikatnie, próbując ukryć  niekomfortowość tej sytuacji. – Och, bym zapomniał! – Uniósł ręce ku górze. – Bal. Powiedzieli, że to już za dwa dni? – Spytał, mając ją na odległość wyciągnięcia ramion. Skinęła głową.
            - Vivian się postarała. – Uśmiechnęła się do niego uroczo. – Tylko nie mam jeszcze sukienki… Muszę coś z tym zrobić. – Westchnęła, a jemu właśnie zaświtało w głowie. Pstryknął palcami.
            - Nie, nie musisz – zaprzeczył, uśmiechając się tajemniczo, na co odpowiedziała uniesioną do góry brwią. – Oj, po prostu się nie martw. Ale! – Uniósł palec, tuż przed jej oczami. – Dostaniesz ją dopiero rano, w dzień balu.
            - Czemu… - Udawała, że jest smutna i zawiedziona, ale to na niego nie podziałało. Nachylił się nad nią.
            - Niespodzianka – szepnął jej do ucha, po czym odszedł z cwaniackim uśmieszkiem, wymalowanym na twarzy, a ona stała w osłupieniu. Nie rozumiała, czy właściwie zwierzył jej się z przyjacielskiego uczucia, gdy ją przepraszał, czy chodziło mu o coś więcej?
            Potrząsnęła energicznie głową, ruszając w swoją stronę. Pacnęła się dłonią w czoło. Spóźniała się na ćwiczenia w etyce z Vivian. Przecież ona ją zabije!
            Carter obejrzał się za siebie, nim skręcił w lewo, by spojrzeć raz jeszcze na sylwetkę odchodzącej dziewczyny. Uśmiechnął się pod nosem i westchnął. Cieszył się, że nie zbeształa go z błotem, a wysłuchała do końca i dała mu szansę, choć sam nie rozumiał, czemu cieszył się z tego powodu jak głupi? Przecież była tylko jego znajomą… prawda?
            Otrząsnął się, by odpowiedzieć strażnikowi.
            - Witam, szukam ojca – oznajmił, przystając przy wysokim mężczyźnie. Ręce odruchowo powędrowały mu do kieszeni spodni.
            - Oczywiście, Paniczu, proszę za mną. – Uchylił delikatnie głowę, po czym podążył w kierunku południowego skrzydła pałacu, a Carter tuż za nim.
            Po jego głowie zaczęła krążyć myśl o balu. Będzie tam tyle ludzi, że pewnie biedna Cara nie odnajdzie się w tym sama i po prostu się wystraszy. Vivian zdążyła już zasugerować, by wziął Panienkę pod swoje skrzydła, by nie odczuwała dyskomfortu tej całej sytuacji. Znowu na jego usta wkradł się dziwny uśmieszek, gdy tylko o niej pomyślał i przyłapując się na tym, potrząsnął energicznie głową.
            Skręcili znowu, po czym weszli po schodach na piętro. Obecność taty w pałacu trochę go dziwiła, ale postanowił nie podpytywać o to strażnika. Nagle zegarek na jego dłoni zaczął wibrować i zamiast tarczy, ukazał się napis: Masz nową wiadomość od WILL. Gdy tylko puknął palcem w szkiełko, przeczytał zawartość wiadomości. Świetnie, wracał już jutro i chciał się z nim spotkać.
            Myślami wrócił do polityki ojca, którą w przyszłości chciał znieść. Był już tego absolutnie pewny, ale ogarniał go strach, gdy myślał o tych wszystkich ludziach, którzy pokażą się na balu ojca i są jego poplecznikami. Z pewnością nie będą zadowoleni z częściowego dzielenia się pieniędzmi, a planował pomóc biednym miasteczkom rozwinąć się i dać tym ludziom lepsze warunki życia. Świadomość tego, ile lat zajmie mu wprowadzenie tego w życie, osłabiała go. Parę lat negocjacji z upartymi bogaczami, kolejne, poświęcone rozbudowie i zapewnieniu społeczeństwu spoza granic Stolicy lepszego bytu, no i jeszcze kilka na to, by ludzie zaczęli w pełni przyzwyczajać się do nowego stanu rzeczy.
            Był szaleńcem, ale wiedział, że w oczach Cary zostałby po prostu chujem, który mógł, a nic nie zrobił w tej sytuacji. Tak, robił to przede wszystkim ze względu na nią. Wiedząc, ile ta biedna dziewczyna przeszła, nie mógł sobie wyobrazić, jak odbiły się te wszystkie lata na innych. Wolał nie wiedzieć, tylko działać.
            Strażnik wpuścił go do pokoju obrad. Carter mógł się domyślić, że to tam właśnie go znajdzie. Najczęściej spędzał tam czas.
            - Ojcze – zwrócił się do niego wyniośle, ale nie wyjął rąk z kieszeni. Ich relacje były bardzo, bardzo dziwne. Jedno łypało na drugiego dość specyficznymi spojrzeniami, nie zwierzali się sobie i rozmawiali jedynie o jego przyszłych obowiązkach. Kiedyś przejmował się uczuciami syna, ale w pewnym momencie uległo to drastycznej zmianie.
            - Synu – odwzajemnił jego ton. W jednej dłoni trzymał cygaro i siedział przy swoim lśniącym, mahoniowym biurku, niewzruszony widokiem pierworodnego. – Zapewne przyszedłeś tu po coś, więc mów, mam spotkanie.
            Carter westchnął w duchu i spuścił na chwilę głowę, pozostając w zamyśleniu. Naprawdę chciał, by jego ojciec poszedł po rozum do głowy i wyciągnął to serce, które zakopał jakieś sto lat temu, tuż przy jądrze ziemi, by jedynie żarzyło się i pozwalało mu żyć. Można powiedzieć, że jego prawdziwą rodzinę zastąpił personel pałacu. Szczególnie Frank, który stał się dla niego jak drugi ojciec – albo raczej ten pierwszy, który dotychczas od dziecka miał go w nosie.
            - Dlaczego Cara przychodzi trenować? – Spytał prosto z mostu i obserwował reakcję ojca, który tylko łypnął na niego wzrokiem „To nie twój biznes” i odłożył wypalone cygaro na bok.
            - A nie może? – Odparł z obojętnością, nie spuszczając wzroku ze swojego syna. – Okazała się naprawdę dobra, więc niech korzysta z naszych usług, dopóki może. – Odchylił się na krześle i złożył dłonie razem.
            - Przecież widzę, że nie tylko o to chodzi. Myślisz, że mnie oszukasz? – Ton głosu Cartera lekko się podniósł. Nienawidził, kiedy ojciec nie mówi niczego wprost, co jest absolutnie oczywiste.
            Westchnął i przeczesał dłonią gęste, kruczoczarne włosy.
            - Cóż, skoro jest dobra, to czemu jej nie trenować dalej? Myślałem, że skoro już uparcie została wyciągnięta z tego brudnego miasteczka, to można dać jej szansę. Jeśli się zgodzi, zostanie żołnierzem.
            - Żołnierzem? – Spojrzał na niego z politowaniem. – Czyś ty do reszty zwariował? Nigdy nie słyszałem niczego głupszego, naprawdę.
            Jego ręce opadły bezwładnie wzdłuż ciała i westchnął, przymykając oczy. Wiele mógł spodziewać się po swoim ojcu, ale o to akurat by go nie podejrzewał. To z pewnością jeden z jego najbardziej idiotycznych pomysłów, jakie sobie kiedykolwiek wymyślał. Cara? W armii? Kobieta? Litości!
            - Decyzja została podjęta. Generał jest pod wrażeniem jej umiejętności, więc chętnie weźmie ją w opiekę. – Przekręcił się na obrotowym, skórzanym fotelu i podniósł, by podejść do najbliżej znajdującego się okna.
            Carter zupełnie nie widział, jak do niego mówić, żeby zrozumiał.
            - Nie lepiej po prostu dać jej spokój? Niech żyje w swoim świecie. W spokoju, a nie z szansą na utratę życia. – Próbował go przekonać.
            - Nie będzie miała źle, jak zakończymy wojnę. Carter. – Zmusił go do spojrzenia na siebie.  - Na pewno będzie zainteresowana taką pokaźną sumką pieniędzy. W dodatku co miesiąc… Nie musiałaby robić dużo. To szansa życia, kto przy zdrowym umyśle by się nie zgodził? Marne szanse, że odmówi, synu…
            I już wiedział, że jest na przegranej pozycji, więc odwrócił się do ojca plecami z westchnieniem.
            - Zdziwiłbyś się – mruknął tylko, planując opuścić to pomieszczenie jak najszybciej. Jego dalsza obecność nie miała po prostu sensu. Ojciec był uparty i dawał mu jasno do zrozumienia, że klamka zapadła i Carter nie mógł z tym nic zrobić. Prócz jednego.
            Mógł ją ostrzec i uświadomić w błędzie, jakiego dokona, wybierając opcję pozostania w Stolicy. Choć w głębi serca podejrzewał, że i tak się nie zgodzi. Cały czas mówi o ojcu… Naprawdę chciałaby go zostawić?
            Usłyszał za sobą śmiech. Odwrócił się do ojca, mierząc go groźnym spojrzeniem.
            - Nawet nie wiesz, w jakim jesteś błędzie, synu. – Ostatnie słowo zaakcentował w tak specyficzny sposób, że chłopak odebrał to jako pogardę, jaką żywi wobec niego. Prychnął, po czym skierował się do drzwi. Przystanął przy nich, lecz zanim je za sobą zamknął, jego ojciec mógł usłyszeć tylko jedno zdanie.
            - Kiedyś zrozumiesz, jak bardzo się myliłeś, ojcze.


             ~*~  
            - Błagam, dajcie mi już spokój, mam dość tych obcasów! – Jęczała błagalnie dziewczyna, nie wytrzymując już czwartej godziny chodzenia po pałacu. Widząc jedną z kanap, znajdujących się w wielkim holu, od razu poległa na niej i odetchnęła z ulgą, unosząc do góry swoje biedne, okaleczone nóżki. – Wolność stopom, powiadam! Gdybym została Prezydentem, zakazałabym noszenia tego przeklętego obuwia – stwierdziła, zmieniając swoją pozycję na kanapie do siadu i odetchnęła głęboko.
            Vivian przysiadła się obok, nie ukrywając swojego rozbawienia jej osobą.
            - Wiesz, zawsze mogłabyś sama obmyślić projekt… – Zamyśliła się, po czym pstryknęła palcami. – Nie! Własną kolekcję wygodnych szpilek, za które pewnie każda kobieta w Stolicy chciałaby oddać miliony. – Uśmiechnęła się do niej szczerze. – W zasadzie, to nie głupi pomysł. Mogłabyś naprawdę zarobić miliony.
            - Jakbym jeszcze była uzdolniona, a nie jestem – odparła, może ze smutkiem, a może z lekkością. Oparła się wygodniej i zdjęła znienawidzone obuwie, by jej delikatne stópki odzyskały czucie.
            - Chyba powinnam w końcu wytłumaczyć, na czym będzie polegało twoje zadanie – oznajmiła, wpatrując się w ekran swojego tabletu. Wiedziała, że w końcu musiało się to stać, ale strasznie było jej żal, że zostanie wykorzystana tylko do tego celu, a później jej bajkowy sen się skończy i wróci do miejsca, z którego każdy chciałby uciec.
            Cara tylko skinęła głową, więc kobieta zaczęła tłumaczyć wszystko od najszerszego pojęcia, do najkonkretniejszego. W zasadzie nie było w tym nic trudnego, ale gdy tak mocno gestykulowała przy swojej wypowiedzi, zaczęła się bać.
            - Mam po prostu odpowiadać na jego pytania, zgodnie z tymi wskazówkami i tym, co wiem o swoim miasteczku, tak? – Upewniła się, trzymając w ręce kartkę z wytycznymi, którą podarowała jej Vivian.
            - Oby nam się udało. – Kobieta złapała ją za rękę pokrzepiająco.

            Ona tez miała taką nadzieję.