czwartek, 16 marca 2017

Rozdział 5



               Od dłuższego czasu chodziła zbłąkana po pałacu i nerwowo rozglądała się w poszukiwaniu punktu zaczepienia, który mogła zapamiętać po spacerze z Vivian. Westchnęła głęboko, gdy zdała sobie sprawę, że najprawdopodobniej po prostu się zgubiła. Zaklęła na głos, chwytając się za włosy. Oparła się plecami o ścianę, nie zważając na to, czy to przypadkiem jest niedozwolone.
               Była tu zaledwie jeden dzień, a już potrzebowała pomocy i niestety nikt nie mógł jej dać. Tęskniła za Levisem i najbardziej za tatą. Chciałaby ich zobaczyć. Chociaż to by ją uspokoiło – wiedza, że nic im nie jest. Jak mogła być tego pewna, skoro okazuje się, że nadeszła wojna? Być może już dawno ich miasteczko zostało dosłownie zrównane z ziemią i nie chciała nawet myśleć o tym, w jaki sposób mogli zginąć.
               Otarła łzę z policzka i odetchnęła głęboko, uspokajając się.
               - Zgubiła się panienka? Panienki pokój znajduje się na końcu tego korytarza i w lewo – zagaił kolejny z wielu mężczyzn, ubranych w garnitur, jakich widziała w pałacu. Stała przez chwilę w bezruchu, a dopiero po chwili skinęła głową w ramach podziękowania i ruszyła pospiesznie przed siebie.
               Była tak blisko, a tak szybko zrezygnowała… Co się z nią działo? Normalnie by tak nie postąpiła.
               Trzasnęła za sobą drzwiami i padła na swoje nowe łóżko. Po tym wydarzeniu już wiedziała, że jednak nie polubi tego miejsca w takim stopniu, jak boskie jej się wydawało. Westchnęła, podnosząc się i podeszła do okna, by jeszcze raz spojrzeć z góry na Stolicę. Dlaczego było tu tak pięknie, a zarazem ohydnie?
               Nie powinna tak mówić. Może mieli powód, by tak ją nazywać? W końcu wyglądała inaczej, była inaczej wychowywana, no i w ogóle pochodziła z zupełnie innego świata. Oni wszyscy wyglądali na takich, jakby wszystko mieli podawane na tacy. Nie musieli martwić się o nic, a zmartwienia były nieodzownym uczuciem, jakie towarzyszyło Carze przez całe życie. Nie mogła ich zrozumieć. Czy ludziom brakowało współczucia w tym miejscu? Zupełnie, jakby nie mieli serca.
               - Hej – usłyszała za sobą bardzo znajomy głos, ale nie odwróciła się.
               - Po co przyszedłeś? Nie mam ochoty na odwiedziny, ani zwiedzanie, ale jakiekolwiek inne „zabawy”. – Ostatnie słowo podkreśliła bardzo wyraźnie, zaciskając mocniej dłonie na swoich ramionach. W odpowiedzi usłyszała jedynie krótkie westchnienie.
               - Przyniosłem ci jedzenie, bo nie tknęłaś nic na obiedzie – oznajmił, kładąc na małym stoliku talerz kanapek z różnymi dodatkami. – Nie wiedziałem co lubisz – odpowiedział od razu, widząc jej pytający wzrok.
               - Zrobiłeś swoje, możesz już iść, dzięki i takie tam. – Machnęła ręką, odwracając się znowu w kierunku okna. Miała naprawdę dużą nadzieję, że ciemnowłosy tak po prostu sobie wyjdzie i ją zostawi, ale tego nie zrobił. Zamiast tego podszedł do niej i położył jej dłoń na ramieniu, zmuszając tym samym do spojrzenia w jego stronę.
               - Musisz im wybaczyć. – Mówiąc to, patrzył jej głęboko w oczy. – Oni nie rozumieją, byli inaczej wychowywani. Żyją od zawsze w ten sposób – wyjaśnił, nie odwracając się ani na chwilę.
               Cara musiała odczekać kilka chwil, nim przetrawiła jego wypowiedź.
               - Od dziecka żyją naśmiewając się z innych? – Prychnęła.
               - Niektórzy są niewychowani, to fakt. Mają świadomość, że wszystko mogą mówić i robić i nic na tym nie stracą. To smutne, ale przywykniesz. Zmienią zdanie, jeśli zaczniesz się odzywać – powiedział, uśmiechając się do niej pocieszająco. Wdział w niej osobę niezwykle silną, dlatego tak mówił. Od początku wiedział, że nie jest słabą kruszynką, która wystraszy się choćby maleńkiego owada. – Carter, tak przy okazji – zaśmiał się i zsunął rękę z jej ramienia.
               Cały czas tam ją trzymał? – zapytała sama siebie, kręcąc głową lekko zdezorientowana.
               - Cara – odpowiedziała.
               - Wiem - mówił z uśmiechem na ustach, który wydawał się nie znikać z jego twarzy jak do tej pory. Ciemnowłosa przysiadła na fotelu, znajdującym się zaraz obok, przy stoliku i sięgnęła po jedną z kanapek. Nie kryła przed samą sobą, jak bardzo była głodna.
               Carter – powtórzyła w myślach, starając się nie zwracać uwagi na fakt, że nadal przebywał z nią w tym samym pomieszczeniu. Był dla niej wyjątkowo miły, jako jedyny z całego towarzystwa. Prócz Vivian. Ale on – ciągle do niej przychodzi, interesuje się, a nawet przyniósł jej jedzenie! Dlaczego tak się o nią martwił? To było dziwne. Aczkolwiek nie mogła zapomnieć o jego delikatnym dotyku, a sam wzrok miał tak hipnotyzujący, że gdyby sam nie odszedł od niej, pewnie gapiłaby się na niego jak idiotka.
               Co się z tobą dzieje?! Cara, opanuj się!
               - Smakuje? – spytał. Ciemnowłosa skinęła głową twierdząco.
               - Tak, dzięki – odpowiedziała, połknąwszy ostatni kawałek kanapki. – Dlaczego w ogóle to dla mnie zrobiłeś? – Ugryzła się w język, ale po prostu nie mogła nie spytać.
               Wzruszył ramionami.
               - Po prostu nie mogłem pozwolić, byś cały dzień była głodna. – Przewróciła teatralnie oczami, dokańczając posiłek i przesunęła talerz na środek stolika. Korciło ją, żeby spytać o coś jeszcze – o powód – ale nie była pewna, czy chłopak cokolwiek wiedział. Może powinna po prostu uzbroić się w cierpliwość i poczekać na rozwój sytuacji, a wszystko samo się wyjaśni.
               - Więc co – zaczęła, zwracając uwagę Cartera. – Mam siedzieć tu cały dzień, tak? Jestem waszym więźniem, czy kimś w tym rodzaju? – Skrzyżowała ręce na piersi i założyła nogę na nogę, wbijając wzrok w twarz ciemnowłosego.
               - Niezupełnie – oznajmił, podnosząc się. Podał jej spore, kanciaste urządzeniem. – Na dzisiaj nic już nie przygotowaliśmy, ale możesz do woli przeglądać na tym – pomachał nim przed jej oczami – informacje o Stolicy. Pewnie jesteś ciekawska życia innych ludzi, mieszkających poza pałacem. – Uśmiechnął się, podając jej urządzenie do rąk.
               - No dobra, ale przecież nie wiem jak się tego używa – powiedziała.
               - To nic trudnego, ogarniesz. – Podszedł do drzwi i stanął przy nich. – Jest lato, a w lecie najczęściej spędzamy czas na basenie. Zobaczysz się rano znowu z naszą kochaną Vivian, a ona odpowie na wszystkie twoje pytania – wytłumaczył jej. – Teraz muszę już iść. Miłego wieczoru, Caro – pożegnał się z nią uroczym uśmiechem i zamknął za sobą drzwi.
               Gdy wyszedł, ciemnowłosa długo zastanawiała się, jak uruchomić nowe urządzenie. Przecież takie rzeczy w jej miasteczku nigdy nie miały miejsca ani prawa bytu. W końcu znalazła mały przycisk, który sprawił, że ekran nagle się zaświecił i pokazała się na nim wielka kłódka. Nie myśląc długo, dotknęła jej palcem, a ona zaczęła wibrować. Przesunęła w prawo, a ekran odblokował się. Aktualnie pokazywał otwartą stronę z najnowszymi wiadomościami z życia Stolicy – a przynajmniej to głosił wielki nagłówek, umieszczony na środku strony.   
               Carter miał rację, urządzenie nie było tak skomplikowane, jak wydawało jej się na początku. Może to dlatego, że kiedyś przypatrzyła, jak robią tu ludzie z ekranu na Murze? Był taki moment, ale pamiętała go jak przez mgłę.
               Wróciła do przeglądania strony i czytania tego, co było tam napisane. Najpierw pogoda na przyszły tydzień, przeceny w sklepach i różne inne, mniej ważne według niej rzeczy – choć z boku jej uwagę przykuła piękna, czerwona sukienka i zapragnęła ją mieć. Chciała przyjrzeć się jej bliżej i "na klikała się" jak głupia po różnych częściach ekranu, aż w końcu się poddała. Nigdy nie miała sukienki, a ta od razu przykuła jej uwagę. Zaczęła się śmiać z siebie i stwierdziła, że jest głupia.
               Co ja się dziwię, przecież jestem kobietą – pomyślała, wracając do lektury. Jej uwagę przykuł nagłówek zatytułowany „Wojna nadchodzi”. Namęczyła się, zanim udało jej się z powodzeniem otworzyć artykuł. Nie zagłębiała się w niego, przeczytała tylko tak pobieżnie, żeby być w temacie. Ktoś napisał, że nieprzyjaciel nie ustąpił i zaatakował kolejną z wiosek, tym razem na zachodzie kraju i zniszczył doszczętnie. Nikt nie przetrwał, bo bunkier, który mógłby dać im szansę przeżycia, był dopiero w planach budowy.
               „Zawiedliśmy, ale możemy pomścić naszych rodaków! Znajdziemy sposób, by nieprzyjaciel odpokutował za swoje haniebne czyny!” – przeczytała cytat jednego z polityków, umieszczony w środku artykułu.
               Jakim cudem mieliby powstrzymać te wszystkie okropne maszyny, latające po niebie? Mieli broń, która równałaby się z ich technologią? Cóż, Cara mogła tylko gdybać bo jeszcze niewiele wiedział o tym świecie. W jej miasteczku zawsze mieli dwojakie wieści ze Stolicy i nikt nie miał pojęcia, że wyglądała tak wspaniale.
               Dopiero teraz ogarnął ją smutek, gdy zdała sobie sprawę, że być może wszyscy mają ich za tanią siłę roboczą? Odłożyła na bok urządzenie, które jak w nim wyczytała, nazywało się tabletem, po czym poległa na łóżku i przytuliła do siebie poduszkę. Może dlatego była dla tych ludzi „wieśniaczką”? Może wszyscy mieli ich za wieśniaków, którzy dla nich harują? Ciekawe, czy mieli pojęcie, jak wyglądało ich życie naprawdę - że praktycznie go nie mieli, a przynajmniej nie tak jak oni tutaj.
               Środki transportu, zamiast rowerów czy nóg. Gotowe jedzenie, które czekało na nich w sklepach, zamiast ciągłej walki o każdy grosz, by mieć co zjeść w tym tygodniu. Bogate, piękne domy z ogrzewaniem, zamiast byle jakich, zakurzonych mieszkań z trzeszczącymi meblami i starymi kocami…
               Z pewnością nikt nie chciałby być na ich miejscu i żyć tak jak oni musieli. Oni nie martwili się o to, kiedy skończy się ich życie. Na pewno nie przejmują się tak bardzo wojną, jak te wioski, które jako jedynie na razie ucierpiały. Żyli z dnia na dzień i bawili się, kiedy im się to podobało. Tam trzeba było wykazać się sprytem i cwaniactwem, żeby zdobyć więcej jedzenia i ciepłych ubrań. Kto by w ogóle pomyślał, że obok tak marnego świata, może stać ten piękny i bogaty?
               Którego częścią mogli stać się tylko wybrańcy lub szczęśliwie urodzeni.
               Dlaczego ograniczali innych i nie dawali im wyboru? Dlaczego nie zaplanowali przyszłości inaczej? Każdy mógłby dokonać wyboru swojej profesji i zdecydować, czy chce pracować na budowie, w kopalni, kamieniołomie, czy w jakiejś fabryce i mogłoby to zależeć od wykształcenia. Przecież na pewno mieli tu szkoły, skoro nawet u nich ona funkcjonowała. Co prawda przeznaczona dla dzieci do wieku piętnastu lat, bo później każdy już zaczynał pracować, no i trzeba przyznać, że uczono tam podstawowych czynności, jak czytanie, pisanie, no i kultura przede wszystkim, by dzieciaki wiedziały, jak powinny się zachować wobec władz, żeby im się nie narazić.

               Rozmyślając tak jeszcze nawet nie zorientowała się, kiedy Morfeusz zabrał ją w swe objęcia i uraczył spokojnym snem.