V Wybranka

środa, 26 kwietnia 2017

Rozdział 8


            Przechadzał się po swoim pokoju w poszukiwaniu swojego ulubionego zegarka. Zaklinał w myślach na cały świat. Przeszukał wszystkie możliwe miejsca, począwszy od wywrócenia swojego łóżka do góry nogami, pod nim, w szafce z bielizną. Warknął pod nosem i przejechał dłonią po twarzy. Poddał się i wyszedł, z pośpiechu zatrzaskując za sobą drzwi z impetem. Przy nich stało dwóch ochroniarzy, a jeden z nich od razu ruszył za paniczem Waltersem.
            - Panicza ojciec chce się niezwłocznie spotkać – poinformował chłopca, dotrzymując mu kroku, ale wcale na niego nie patrząc. Dłonie splecione miał za plecami.
Cartera zawsze irytowała postawa typowo ochroniarska. Byli zbyt… oficjalni. Nie lubił tego. W tym świecie zawsze się kogoś traci lub zyskuje. On stracił najlepszego przyjaciela, a zarazem ochroniarza, Owena. Na samo wspomnienie jego imienia, zrobiło mu się smutno. Westchnął i gestem ręki nakazał ochroniarzowi odejść.
Owen zginął w godzinach pracy i ciemnowłosy nigdy do końca się z tym nie mógł pogodzić. Głównie dlatego, bo nie spodziewał się, że jakiś idiota wpadnie na genialny pomysł, by zabić syna prezydenta. Zawsze uważał, że ochroniarze to tylko bzdurna konieczność, jedynie do odpychania od niego tabunu ludzi, czy nękającej go prasy i telewizji.
Usłyszał jedynie krzyk. Po chwili rozległ się dźwięk strzału. Sekundę później widział bezwładnie leżące ciało swojego przyjaciela, tuż przy jego nogach. Dostał prosto w klatkę piersiową. Zapamiętał jedynie niemy wyraz jego twarzy i krew.
Potrząsnął głową, próbując odpędzić od siebie te myśli. Powinien zajmować się teraz czymś zupełnie innym, ale nie odmówił sobie propozycji udania się na grób przyjaciela w tym tygodniu. Mimo że odwiedził go tydzień temu.
            - Synu. Wreszcie jesteś. – Ojciec przywitał go z papierosem w ustach i szklanką whisky w ręce.
            - Tato. – Skinął głową, po czym oparł się o ścianę, wyczekując wypowiedzi mężczyzny. Pan o’Donnel ubrany był w grafitowy garnitur, taki jaki nosił w zasadzie na co dzień. Carter nie pamiętał, by zakładał cokolwiek innego, co byłoby bardziej „swobodne”, nawet chodząc po pałacu, gdzie był wolny od mediów. Papierosy były jego nieodłącznym dodatkiem, który zawsze gdzieś upychał po kieszeniach marynarki, czy spodni. Wyglądał młodo, co zawsze budziło zdziwienie wśród społeczeństwa. Miał czterdzieści osiem lat, ale dla wielu kobiet wciąż wyglądał atrakcyjnie.
            Było to jasne i wręcz logiczne. Wystarczyło dość wcześnie rano zejść na śniadanie, by ujrzeć na korytarzu nieznajomą twarz, którą ochroniarze tolerowali – z wiadomego powodu. Ciemnowłosy miał ojcu to za złe, ale podejmowanie rozmowy na ten temat było bezsensowne, bo co może przetłumaczyć syn ojcu? Nigdy nie przemówiłby mu do rozsądku. Po pewnym czasie stwierdził: niech ojciec robi co chce. Był pewny, że żałował odtrącenia matki, której Carter nawet nie miał zaszczytu poznać. Wychowywały go obce kobiety. Wszystkie umiejętności, jakie nabywał jako dziecko, to głównie zasługa służby, która przez te wszystkie lata zmieniła się kilkakrotnie i już nie dbał o to, że ten człowiek nauczył go tego, a ten czegoś innego.
            Może to smutne, ale naprawdę do tego przywykł. Po prostu żył swoim życiem, nie patrzył na ojca i wykonywał jego polecenia, gdy pokazywali się mediom, zaś w pałacu robił to co chciał.
            - Nie mam zbyt wiele czasu, więc przekażę ci najważniejszą rzecz – oznajmił, odchodząc od okna, przy którym wcześniej stał i zagasił peta w popielniczce. W końcu podniósł wzrok na swojego syna. – Dogadaliśmy się z prezydentem na wschodzie i będziemy organizować bal, podczas którego omówimy warunki zawarcia pokoju. – Jego głos nie był za oficjalny, jaki może być powinien przy tak ważnej osobistości. Ale chłopak rozumiał go. Nie było łatwo odgrywać jego rolę i na ten moment wcale nie mógł wyobrazić sobie dnia, w którym miałby go zastąpić.
            - Bal? Serio? – spytał, nie kwapiąc się by powstrzymać parsknięcie. Ojciec zmierzył go tylko groźnym spojrzeniem. Ciemnowłosy uniósł ręce w geście kapitulacji.
            - Warunek jest taki, że zabierasz naszą główną atrakcję ze sobą. Kup jej jakąś kieckę, albo niech te twoje koleżaneczki coś dla niej znajdą – ciągnął dalej, machnąwszy ręką na wzmiankę o ubiorze, bo w rzeczywistości wcale go nie interesował. Najważniejsze było zawarcie pokoju, choć mówił o tym, jakby nie było to nic ważnego.
            - Jasne – odrzekł z westchnieniem, nie zmieniając postawy. Stary o’Donnel skinął głową i tak po prostu wyszedł, zostawiając swojego syna samego. Carter przeczesał dłonią włosy, zastanawiając się, czy kiedykolwiek jego rodzina będzie normalna.
Westchnął po raz kolejny stwierdzając, że w sumie to dobrze że Cara do nich trafiła. Tylko z nią mógł tak swobodnie rozmawiać i śmiać się. Owszem, lubił swoich kolegów i bardzo fajnie spędzało się z nimi czas, ale bądźmy szczerzy – zarówno dziewczyny i chłopaki, którzy tu mieszkali, byli synami i córkami premierów i ministrów. Musieli się z nim zadawać, a on z nimi. Nie było innego wyjścia, a to, że po prostu jakimś cudem nawiązali ze sobą dobry kontakt, nie wydaje się czymś takim… naturalnym. Miał wrażenie, że rozmowy z Carą były najnormalniejszymi, jakie do tej pory miał przyjemność przeprowadzać.
Koledzy… Wiadomo, chłopaki to też wariaci. Ale odczuwał w nich tą chęć zadawania się z nim tylko dlatego, że był w tym miejscu najważniejszy i po prostu nie wypadałoby takiej osoby nie lubić. A może panna z małego miasteczka również sprawiała wrażenie miłej tylko dlatego, że wiedziała kim był?
Nagle go olśniło.
Pstryknął palcami i odwrócił się na pięcie, udając się z pośpiechem do pokoju dziewczyny. Musiał jej o czymś powiedzieć.



Wyżywała się na worku treningowym przez dobre półtorej godziny, dopóki nie przerwał jej trener. Tego dnia miała w sobie dużo werwy do ćwiczeń, więc mimo że nie mieli treningu, wolała spędzić południe przy robieniu czegoś pożytecznego. Kolejny raz tylko dlatego, żeby nie siedzieć bezczynnie w pokoju. Samotność też nie do końca jej odpowiadała, a tylko w ten sposób mogła odpędzić od siebie obraz swojego taty, który siedział tam sam. Bez niej.
- Dobra, koniec tego na dziś. Zrób sobie przerwę, idź coś zjedz, bo ja wiem… Znajdziesz sobie coś do roboty – powiedział z niechęcią trener. Przytrzymał jej worek, żeby słuchała go uważnie. Wiedziała, że po prostu ją wypraszał, więc nie chcąc go niepotrzebnie rozzłościć, po prostu skinęła głową i odeszła na bok po mała butelkę z wodą. Zabrała ręcznik, który wisiał na drabinkach i pożegnała się, po czym wyszła z sali. 
            Znała już mniej więcej drogę do swojego pokoju, a w razie czego mogła spytać jednego z ochroniarzy, panoszących się po korytarzach. Byli bardzo zadowoleni, widząc ją, bo najwyraźniej tylko ona uśmiechała się do nich, a to miły gest.

Skręciła w prawo, w lewo, zapatrzyła się jeszcze na piękny widok miasta przez jedno z wielkich okien, a już po chwili otwierała drzwi do pokoju. To, co w nim zastała, wprawiło ją w nie małe zdziwienie.
- Carter? – Zamrugała kilkakrotnie.
Odwrócił się do niej pomału, odrywając wzrok od ekranu tabletu. Uśmiechnął się do niej, a ona co? Stała w drzwiach, w sportowych ciuchach i cała spocona. Wzruszył ramionami.
- Mam wolny dzień, więc postanowiłem wpaść – oznajmił beztrosko, jakby to wcale nie było dziwne. – A, no i muszę coś ci powiedzieć – dodał po chwili, podnosząc się z jej łóżka, które w zasadzie do niej nie należało i chciał do niej podejść, ale zatrzymała go gestem dłoni.
- Pozwól, że… - zająknęła się i zrobiła krok w kierunku łazienki. Chłopak skinął jedynie głową, a ona po chwili zniknęła za drzwiami tylko po to, by po chwili wybiec, zagarnąć przypadkowe rzeczy z komody i wrócić do środka. Carter pokiwał głową z rozbawieniem i usiadł na fotelu, wzdychając.

Kilka minut później siedziała razem z nim na łóżku i słuchała jego opowieści na temat wyprawianego balu w pałacu. Zdała sobie sprawę też, że nawet nie miała okazji poznać jego ojca. Czy nie był ciekawy jej obecności tutaj? W końcu to raczej pomysł nie kogo innego, jak właśnie jego. Była tego pewna na sto procent, gdy tylko Carter wyjaśnił jej prawdziwy powód organizowania tej imprezy.
- Całe to zamieszanie tylko dlatego, bo mój ojciec sądzi, że twoja osoba przekona prezydenta wschodu do wstrzymania ataku. Będziesz musiała przekonać go dobrymi argumentami – wyznał z westchnieniem, na co Cara zareagowała jedynie westchnieniem. Przesunęła się na kraniec łóżka i spuściła z niego nogi, zwieszając głowę.
Czyli sprowadzili ją tylko dlatego? Całe to zamieszanie jedynie po to, by przekonała władcę do zaprzestania ataku?
Cóż, nie mogła zaprzeczyć, że rzeczywiście było to istotne, ale jakoś tak… nie czuła się z tym dobrze. Wychodzi na to, że jej rola zakończy się wraz z zakończeniem balu. Znowu wróci do dawnego życia, ale przecież to dobrze, prawda? Bo wróci do ojca, no i do swojego przyjaciela.
- Czemu jesteś smutna? – spytał, przysuwając się do niej bliżej i to stanowczo zbyt blisko. Odwróciła głowę, rumieniąc się z tego powodu, ale to i tak nie zdołało odwrócić jej smutku. Wolała jednak go tym nie przytłaczać.
- To nic takiego – machnęła ręką, zdobywając się na delikatny uśmiech. – Nie mogę doczekać się tego balu – wyznała po chwili, próbując sobie wyobrazić, jak to wszystko będzie wyglądało. Księżniczki i bale dotąd widywała w swojej jedynej, przestarzałej księdze z baśniami, która mama zdobyła dla niej za resztki pieniędzy, jakie chowała na czarną godzinę. Tata uświadomił ją dopiero po latach, gdy mamy już nie było. Robili jak najwięcej, by ich córka miała w miarę normalne dzieciństwo i nie głodowała.
Ale za to oni musieli cierpieć. Dlatego starała się dla ojca z całych sił, żeby to jemu było lżej, podczas gdy ona harowała i starała się, by nie brakowało dla niego jedzenia. Osłabiał przez te wszystkie lata i potrzebował pomocy Cary. To dlatego martwiła się codziennie o niego, bo wiedziała, że został ze wszystkim sam. Choć miała  nadzieję, że Levis odwiedzał go i zajmował się pod nieobecność ciemnowłosej.
- Wieśniaczka na balu, niczym Kopciuszek – stwierdził zaczepnie, po czym roześmiał się głośno.
- Ach tak? – Nie mogła mu tego wybaczyć. Sięgnęła po leżącą obok niej poduszkę i nie namyślając się długo, uderzyła nią chłopaka. Obdarował ją cwaniackim spojrzeniem i sprytnie zabrał jej broń.
- Żeby tak syna samego prezydenta? Zasłużyłaś na karę! – Zaśmiał się znowu i zaczął ją łaskotać, a ona nie potrafiła go odepchnąć. Łaskotki były jej niemożliwie słabą stroną. Wymachiwała rękami na wszystkie strony i ścisnęła mocno uda, martwiąc się o swój pęcherz. Przeturlała się po łóżku, ale i to nie uchroniło jej przed Carterem.
- Dobra, haha, przestań już no, hahaha! – Krzyczała ze łzami w oczach, próbując osłonić rękoma swój biedny brzuch. Musiała jeszcze błagać przez kilka minut, nim dał jej spokój. Przetarła dłońmi mokre oczy, a gdy je otworzyła, ujrzała zwisającego nad nią Cartera. Patrzył się na nią z czułym uśmiechem i zdawał się nawet nie mrugać, a ona znów utonęła w jego niesamowitych źrenicach.
Przestraszyła się, gdy tylko dotarło do niej, że ich twarze znacznie się do siebie zbliżyły. Hipnoza sprawiła, że postradała wszystkie zmysły i gdy tylko otworzyła oczy, odskoczyła od niego jak oparzona, na co Carter zareagował tak samo.
- Ja… - zaczęła, lecz szybko wciął się jej w zdanie.
- Będę już leciał, zobaczymy się na treningu – odrzekł pospiesznie, podnosząc się z łóżka. Posłał jej jeszcze jeden uśmiech i wyszedł czym prędzej na korytarz. Oparł się o zamknięte drzwi, ciężko dysząc. No go właściwie naszło na czułości? Oszalał czy jak? Przecież to nielogiczne. Z resztą, sądząc po jej zachowaniu, nie chciała go. Może już kogoś miała? Odwrócił się na pięcie i odszedł, chowając ręce w kieszenie spodni.

Cara opadła bezwładnie na miękką pościel, chowając twarz w dłoniach. Zaklinała się w myślach i zaczęła wymachiwać nogami jak małe dziecko. Zgłupiała, bo nie inaczej. Dlaczego niby miałby chcieć całować kogoś takiego, jak ona? Była zwykłą wieśniaczką. Nie pasowała do jego świata ani trochę. Przecież to niemożliwe, by ten pocałunek cokolwiek mógł zmienić. Choć ciągnęło ją niemożliwie do niego, nie mogła tego zrobić. Jednorazowa przygoda nie była czymś dla niej. Po co miałaby to robić, skoro po balu wróci do swojego starego życia, a on do swojego?