V Wybranka

czwartek, 7 grudnia 2017

Rozdział 19


            Następnego dnia, zaraz po spożyciu lekkiego śniadania, Cara zaczęła opowiadać tacie o wszystkim, co działo się w Stolicy. Próbował ukrywać zaciekawienie samym w sobie urokiem miasta, jednak mimo jego lat, nadal był jednym z tych ludzi, którzy pragnęli tam życia. Piękna wizja spokojnej starości, prowadzenia niewielkiego sklepiku osiedlowego i uroczy domek, w którym mieszkałby ze swoją córką, przemknęła mu po głowie.
            Dziewczyna darowała sobie niektóre szczegóły, takie jak dręczenie przez tamtejszych rówieśników, czy podróż nocą do najpiękniejszego wodospadu, jaki kiedykolwiek widziała. Nie chciała, by zaczął zamartwiać się tym, jak ją zraniono, albo żeby odebrał jej stosunki z Carterem w zły sposób.
            - Wyskoczyliście z rozpędzonego pociągu? – Niemal podniósł swój głos, lecz musiał się opamiętać, by nie zwrócić czyjeś uwagi z zewnątrz.
            Cara tylko skinęła głową.
            - I uciekaliśmy podziemiami przed bandą strażników… - dodał cicho chłopak, siedząc pod ścianą. Ciemnowłosa zmierzyła go swoim spojrzeniem.
            - Carter! – skarciła go – Uch, mniejsza… Tato, co z Levisem? – I tak musiała go w końcu o to zapytać.
            Ojciec westchnął, poprawiając się na podniszczonym fotelu. Musiał sam go przytaszczyć, bo raczej nie wydawał się znajomym meblem dla Cary.
            - Levis żyje i ma się dobrze, nie musisz się o niego martwić – odparł. – Bardzo pomagał przy budowaniu schronień, żeby każdy jak najszybciej mógł zaprzestać życia w podziemiach – wyjaśnił. Wspominał też o tym, że większość ludzi zaczynała wariować, bo przez kilka dni bardzo niewielu było wypuszczanych na powierzchnię, a cóż innego można było tam robić, poza leżeniem. Pozostała jeszcze jedna sprawa, która bardzo zaciekawiła oboje nastolatków, mianowicie chodziło o wybuchy nieopodal miasteczka, które mieszkańcy słyszeli kilka dni po tym, jak Carę zabrano do Stolicy.
            - I nikt nie wie, co to mogło być? – Ojciec dziewczyny pokręcił głową.
            - Dwoje młodych wybrało się nocą poza granice, by to zbadać, ale zostali zatrzymani… Po nich wyruszył Levis z Savannah, ale i oni nie dotarli do celu, bo na horyzoncie nie było widać nic podejrzanego i woleli nie oddalać się za bardzo od miasteczka.
            Ciemnowłosa westchnęła i wyjrzała ukradkiem przez dziurę w murze. Strażników widać nie było i korciło ją, by wyjść poszukać swoich przyjaciół, jednak wiedziała, że pozostawienie Cartera samego z jej ojcem może być kiepskim posunięciem. Mogłaby go zabrać ze sobą, gdyby nie to, że jego twarz była rozpoznawalna wśród władz. Po tym, czego się dowiedziała, potrzebowała więcej informacji od samego ruchu oporu, którego ani widu, ani słychu, więc musiała działać.
            Nie mówiąc nic, pobiegła do pomieszczenia, w którym niegdyś mieściła się kuchnia i rozpoczęła poszukiwania największego narzędzia zbrodni wieku dziecięcego. Zostały zaledwie dwa podniszczone blaty, których szuflady walały się po podłodze. Zajrzała do wszystkich, które ocalały i westchnęła ze zrezygnowaniem.
            -  Pomóc ci córeczko? – Dobiegł ją głos jej ojca z salonu. Wróciła do nich zniesmaczona, ze skrzyżowanymi rękami na piersi. Chwilę zastanawiała się jeszcze nad tym, gdzie mogłaby znaleźć podobny przedmiot, gdy nagle wpadła na pomysł.
            - Carter, podaj mi plecak – poprosiła i już po chwili miała go w swoich rękach. Przyklęknęła, rozpoczynając w nim poszukiwania i odetchnęła z ulgą. – Mam!
            Mężczyźni popatrzyli po sobie z lekką obawą, po czym przenieśli swój wzrok na dziewczynę.
            - Po co ci te nożyczki? – spytał ją Carter.
            - Jeśli chcesz ze mną wyjść na zewnątrz, musimy zmienić twój wygląd, bo przykro mi, ale te włosy do ramion trochę za bardzo kojarzą się z księciem zamku… - zaczęła wyjaśniać.
            - Hola, hola, jaki książę?! – oburzył się chłopak. Ciemnowłosa podeszła do niego, swobodnie wymachując nożyczkami na lewo i prawo.
            - Przykro mi, wiem ile już poświęciłeś, ale wybierając tę drogę, musisz poświęcać się ciągle – oznajmiła. Rozumiała, że nie było mu łatwo, bo przecież musiał oddać swoje życie pałacowe i zamienić je na biedę, z którą Cara musiała żyć od małego. Ona przywykła do poświęceń, ale czy Carter potrafił zrobić to samo? W pałacu dopiero uczył się, jak powinno się podejmować ważne decyzje, tak by nie zaszkodzić wielu ludziom – w zasadzie przez swojego ojca, który nie uświadamiał swojego syna o wielu rzeczach, mimo że ten miał już dwadzieścia lat!
            - Dobra. Niech będzie… - Niechęć w jego głosie była nad wyraz mocno zrozumiała, jednak Cara nie mogła odpuścić, choć wiedziała, że tego nie chciał. Posadziła go na ziemi, a sama usiadła na podniszczonym taborecie, który cudem się nie rozleciał pod jej ciężarem i przystąpiła do pracy nad jego fryzurą.


            ~*~

            Około pół godziny przechadzali się ulicami praktycznie zrównanego z ziemią miasteczka i choć Carter grał wyluzowanego, to Cara była jednym wielkim kłębkiem nerwów, który nie mógł znaleźć sobie miejsca. Starali trzymać się na boku – tak, aby nikt nie wykrzyczał przypadkiem ich imion. Strażników jak nie było, tak nie ma, co jeszcze bardziej stresowało ciemnowłosą.
            Niecierpliwie rozglądała się za jakąkolwiek znajomą twarzą, nerwowo zaciskając dłoń na swoim nadgarstku. Głowa latała jej na lewo i prawo, a Carterowi powoli zaczynało to przeszkadzać. Stanął więc w miejscu i chwycił ją za rękę, by odwrócić dziewczynę w swoim kierunku.
            - Co jest nie tak? – spytał bez ogródek. – Odkąd wyszliśmy od twojego taty nie zachowujesz się normalnie. Czym się tak denerwujesz?
            - Niczym. Po prostu… - Westchnęła. – Nie czuję się dobrze. Wszystko jest takie inne, wydaje się obce – wyjaśniła, gorączkowo przy tym gestykulując, po czym oparła się o pobliski mur.
            Chłopak nie wiedział, co ma powiedzieć. Odsunął się o krok, chcąc dać jej tym gestem nieco przestrzeni i skrzyżował ręce na piersi. Westchnął unosząc głowę ku niebu.
 Jego ojciec zniszczył ten świat. Jej świat. Mimo że wcześniej miasteczko nie należało do miejsc idealnych i bezpiecznych, to z pewnością nie było nim i teraz. Jak wiele mogą zniszczyć głupie spiski wpływowych ludzi? To się w głowie nie mieści.
- Po co właściwie wychodziliśmy? – spytał w końcu.
- Jedzenie i… - chciała dokończyć, ale nie pozwolił jej w tym obiekt, a właściwie człowiek, którego dojrzała na horyzoncie, tuż za swoim towarzyszem. Jej uśmiech rozszerzył się do granic możliwości i ruszyła biegiem przed siebie. Wyminęła Cartera tak prędko, że nawet nie zdążył złapać ją za nadgarstek, a mógł tylko odprowadzić wzrokiem w kierunku tajemniczego nieznajomego.
- Levis! – pisnęła, znajdując się odpowiednio blisko chłopaka, po czym rzuciła mu się na szyję. Zaskoczony blondyn ocknął się dopiero po tym, jak Cara go puściła.
- Co ty tu robisz? – spytał po pierwsze, odsuwając ją od siebie tak, by móc spojrzeć jej w oczy. Czym prędzej rozejrzał się po okolicy. Ludzie patrzyli na nią jak zaczarowani. Ujawniła się – to było błędem. Niektórzy kilkakrotnie przecierali dłońmi oczy, czując się jakby we śnie. Pokazał gestem palca przyłożonego do warg, by milczeli i czym prędzej zszedł z odzyskaną przyjaciółką z pola widzenia. – Czyś ty do reszty zwariowała? Mogli tu być strażnicy! – skarcił ją.
- Wiem, wiem… ale… - ucięła. Utkwiła wzrokiem w swoim przyjacielu i uśmiechnęła się. Tak dawno go nie widziała. Tęskniła za nim, za tą opiekuńczością. Po prostu – za nim. – Ucieszyłam się, jak cię zobaczyłam i nie potrafiłam siedzieć cicho.
- Jak właściwie udało ci się uciec? Widziałaś się z tatą? - Dziewczyna skinęła głową na ostatnie pytanie.
- To zbyt długa historia, ale wszystko zawdzięczam Carterowi – wyjaśniła.
Levis spojrzał na nią z niezrozumiałym wyrazem twarzy.
- Carterowi?
- Zgaduję, że Carze chodzi o mnie – odezwał się nagle zza pleców blondyna. – Carter, miło mi w końcu poznać. – Wyciągnął do Levisa dłoń, ale ten tylko popatrzył się na niego i zaczął się śmiać.
- Wiedziałem, że jesteś zdolna do wielu rzeczy, ale żeby od razu przyprowadzać jego?! – wrzasnął. – Do reszty oszalałaś – skwitował.
- Że co proszę? – Podeszła bliżej, nie wierząc w to, co właśnie usłyszała.
- Jeszcze będziesz udawać, że niby wszystko jest w porządku, tak? Cała ty! – Uniósł ręce ku niebu, po czym podszedł do muru, za którym się skryli i oparł się o niego. – Uciekłaś z nim – tu wskazał na Waltersa – i myślisz, że może nie będą was szukać i dadzą sobie spokój? Na co w ogóle liczyłaś, na jakiś cud?
Wysłuchiwał tego wszystkiego, stojąc tuż obok. Może i należał do ludzi cierpliwych, jednak Levis powoli przekraczał jej granice. Żyłka na czole Cartera zaczynała niebezpiecznie pulsować, a Cara raczej nie miała na niego wpływu.
- Nie tym tonem, kolego – ostrzegł go, nagle znajdując się niebezpiecznie blisko jego twarzy.
- Żaden ze mnie twój kolega – wycedził przez zęby.
- Okej, spokój – odezwała się w końcu ciemnowłosa. Zwróciła się najpierw do Tuvena – Levis, nie pamiętam, żeby ktokolwiek nauczył cię tak naskakiwać na ludzi przy pierwszym spotkaniu, ogarnij się trochę – powiedziała, po czym odwróciła się do Cartera. – Przepraszam cię za niego.
- Przepraszasz go? Nie bądź śmieszna…
- Levis, zamknij się w końcu, bardzo cię o to proszę. – Podnosił jej ciśnienie, a jej zaczynało brakować cierpliwości. Carter też powoli zaczynał mieć dość. No i w dodatku jego brzuch zaczął się odzywać i domagać o jedzenie.
- Możemy porozmawiać o wszystkim, kiedy załatwimy wszystko, co mieliśmy w planach? – zaproponował Walters, chcąc jakoś załagodzić tą propozycją cały spór.
- Tak chyba będzie lepiej – przyznała dziewczyna, wzdychając.
Wszyscy – w zgodzie, czy też nie – spojrzeli po sobie i zamierzali udać się na poszukiwania razem, by potem wrócić do ojca Cary. Chłopaki posyłali sobie nienawistne spojrzenia, które Cara starała się z całej siły ignorować. Nie potrzebowała więcej złości, a musiała przygotować się na najgorsze. Będzie musiała przetrwać w tym towarzystwie jeszcze wiele godzin, albo i dni, więc najlepsze, co mogła teraz robić, to obmyślić plan, jak załagodzić sytuację między nimi.
- Prowadź  - Cara zwróciła się do Levisa – tylko ty wiesz, gdzie mamy szukać pożywienia – wyjaśniła.
Chłopak mruknął coś do siebie pod nosem i chciał ruszyć, lecz zesztywniał w momencie.
- Stójcie. Na ziemię. – Wszyscy posłusznie przykucnęli i skulili się jak najbardziej mogli. Carter zdążył otworzyć usta, ale Cara zakazała mu się odzywać, zagrażając mu palcem. Przemieścili się we troje pomiędzy szczątki dwóch ścian. Cara wychyliła się delikatnie z ukrycia.
Strażnicy – tak jak się spodziewała. Patrolowali teren.
- Ilu? – Usłyszała szept Cartera przy swoim uchu i drgnęła. Przez jej ciało przeszedł dziwny prąd. Ciemnowłosa pokazała cztery palce.
- Jest źle, bardzo źle – powiedział Levis, przytulając się mocniej do muru. – Mają broń.
Gdy mężczyźni oddalili się na bezpieczną odległość, mogli w końcu odetchnąć.
- Wszystko w normie, możemy już ruszać? – spytała dziewczyna. Levis zmierzył ją bliżej nieokreślonym spojrzeniem, na co zareagowała uniesioną brwią. – O co ci znowu chodzi?
- Czy ty już niczego nie rozumiesz? Odkąd cię zabrali, strażnicy nigdy nie chodzili z bronią – wyjaśnił, ale Cara tylko wzruszyła ramionami. – Szukają was, do jasnej cholery, szukają! – Złapał ją za ramiona i potrząsnął w przypływie nerwów.
Carter od razu zareagował i odciągnął Levisa od niej, posyłając mu mordercze spojrzenie.
- Może grzeczniej? – wycedził przez zęby, a Levis wyrwał się z jego uścisku.
- Bóg wie co zrobią, jak was znajdą. Chcecie wrócić do piekła? Bo podejrzewam, że nie było wam tak fajnie, skoro wróciliście do takiego miejsca, jak nasze miasteczko – Tuven podniósł się z ziemi i otrzepał.
- Chwila, chwila. – Dziewczyna zatrzymała go gestem ręki. – Co to ma znaczyć? Chcesz mi coś zarzucić w tym momencie? – Skrzyżowała ręce na piersi.
Levis milczał. Głowę miał odwróconą w zupełnie inną stronę. Myślał, ale nad czym? Nad tym, że być może zupełnie niepotrzebnie się odzywał? Na to wyglądało, bo inaczej ciemnowłosa zyskała by odpowiedź od razu. Blondyn zmieszał się, westchnął i potarł ręką skronie.
- Myśleliśmy… - uciął – myśleliśmy, że nie będziesz chciała tutaj wrócić. Drużyna… a raczej tylu, ile z niej zostało, przestali wierzyć w twój powrót. Bo w końcu każdy z nas marzył, żeby znaleźć się w Stolicy. Pewnie pięknie tam jest, czyż nie? – spytał, lecz nie czekał na jakąkolwiek odpowiedź. – Cartera w ogóle nie rozumiem, dlaczego uciekł razem z tobą. Wasza obecność tutaj zagraża każdemu. Myślisz, że nie wezmą zakładników? Jak  dowiedzą się, że tu jesteście, jeśli ktoś was wsypie… Będą zdolni zabijać jednego mieszkańca po drugim. Bo co im po nas, tak naprawdę?
Sprawił, że Cara zamilkła. Jego słowa wystarczyły w zupełności, by zaczął rozmyślać nad wszystkim. Nawet nie zaczęła wyciągać jej jedynego argumentu, czyli chęci uratowania swojego ojca. Teraz i jego naraziła na niebezpieczeństwo. Co jeśli Stolica już wie, że tutaj są? Jeśli to prawda i to dlatego strażnicy uzbroili się, to miała wielkie kłopoty.
Obwiniała się, że tym wszystkim obciążyła również Cartera. Chociaż wsiadł do tego pociągu z własnej woli i zdecydował się jej pomóc, to może gdyby tego nie zrobił, rzeczywiście udałoby mu się jakoś przetrwać w domu? Vivian i Frank na pewno by mu pomogli. Może prezydent nie jest na tyle okrutny, by torturować własnego syna? Po co mu potrzebna taka głupia dziewczyna, jak Cara? Na pewno by jej nie ścigali, gdyby uciekła sama.
Boże, Cara, ale ty byłaś głupia.
 - Hej. – Poczuła, jak ktoś trąca ją w ramię. Carter zatrzymał ją na moment, gdy znaleźli się w zacisznym miejscu. – Nie myśl o tym, okej? Oboje dobrze wiemy, że to nie twoja wina. Lepiej pomyśl o tym, że udało ci się odnaleźć tatę.
Niespodziewanie zaśmiała się, na co chłopak zareagował uniesioną brwią. Czy tak łatwo było z niej wyczytać wszystkie emocje?
- Po prostu pasują ci te krótkie włosy, wiesz? – Uśmiechnęła się i poczochrała jego ciemną czuprynkę.
Wolała uniknąć rozmowy. Miała ich dość, jak na dzisiejszy dzień. Levis szedł jako pierwszy i wiedział, że jego towarzysze się zatrzymali, ale sam tego nie zrobił. On też miał dość na dziś. Cara trzymała się metr za nim, a Carter na końcu i rozglądał się na każdą stronę. Starał się odwracać wzrok za każdym razem, kiedy ktoś na niego spojrzał i wyglądać naturalnie.
- Po jedzenie pójdę po zmroku, ze wszystkimi – oznajmił, ale widząc minę ciemnowłosej, westchnął. – Aha, czyli nie wiecie, o co chodzi. Dobra, to krótko i na temat – każdy z ocalałych udaje się w wyznaczone miejsce po posiłki dla swojej rodziny. Dopóki miasteczko nie stanie na nogi, tak to musi wyglądać. Idzie się przyzwyczaić, nie martwcie się, a na razie wrócimy do pana Farrella i wszystko sobie wyjaśnimy. – Niewiele czasu minęło, kiedy znaleźli się Levis przy ruinie dawnego domu Cary. Reszta nie miała innego wyjścia, niżeli skinąć głową, po czym wszyscy razem weszli do środka.
Tam panowała grobowa cisza, a fotel, w którym wcześniej siedział ojciec Cary, pozostał pusty.
- Tato? – zawołała, modląc się o odpowiedź. Zaczęła panikować od środka, a serce zaczęło bić zbyt szybko. Chwyciła latarkę, leżącą na prowizorycznie zrobionej komodzie i podbiegła do włazu piwnicznego. – Jesteś tam? Tato! – wołała, ale jego tam nie było.
- Cara, chyba musisz to przeczytać – odezwał się nagle Carter. W ręce trzymał karteczkę.
Spokojnie, Twój tatuś ma się dobrze, ale nie licz na to, że go odzyskasz. To smutne, że przebyłaś taki kawał na marne. Lepiej przyzwyczaj się do samotności, albo oddaj się w nasze ręce, a tatuś będzie wolny. Wybieraj, Twoje życie, albo jego. Zegar tyka: tik-tak.

Ps. Carter ma wrócić razem z Tobą.