V Wybranka

niedziela, 29 kwietnia 2018

Rozdział 25



        Kiedy Vivian zdołała się uporać z Carą, zostało im trzydzieści minut do rozpoczęcia. Kobieta pokazała ciemnowłosej, w jaki sposób wyciszyć telefon i wsadziła jej go do torebki. Kazała sprawdzać co jakiś czas, czy nie przyszła żadna wiadomość tekstowa od niej, ale to już była uwaga na przyszłość.
            Podążały ramię w ramię korytarzem w kierunku balkonu, z którego miał przemawiać Carter.
            Ujrzał ją z daleka, stojąc przy oszklonych drzwiach i poprawiając swoją muchę. Na jej widok uśmiechnął się szerzej, niż powinien. Vivian wybrała dla niej idealną kreację – kremową, zwiewną suknię. Opięta w pasie, a na dole puszczona, dwuwarstwowa. Jedna zakrywała jej nogi, a druga falowała za nią niczym peleryna. Wyglądała zjawiskowo, ale też nie było w tym przesadnej elegancji.
            Podeszła do niego i przywitała się bezgłośnie. Nie mogła liczyć na chwilę tylko dla nich dwojga, bo zaraz zaczepił Cartera jego doradca. Wkoło zebrało się też paru ochroniarzy.
            – Jesteśmy gotowi, zaraz wchodzimy na wizję – oznajmił jeden z nich do mikrofonu przyczepionego do ucha.
            – Paniczu – zwrócił się ktoś do jej chłopaka. On skinął głową, po czym ruszył przez szklane drzwi. W ślad za nim powędrowała i ona.
            Tłum przed pałacem wznosił okrzyki, co powodowało jeden wielki szum. Starała się nie krzywić, bo mogły ją przyłapać na tym kamery, o których wspominała jej Vivian. Miała zachowywać się naturalnie, nie wzbudzać podejrzeń. Po prostu stać i wspierać Cartera, który właśnie wszedł na ambonę, by tłum widział więcej niż tylko głowę, w przeciwieństwie do Cary, doradców pałacowych i Vivian.
            Gestem ręki poprosił, by ucichli, ale to nic nie dało. Widziała, że westchnął pod nosem. Poprawił znowu muchę i spojrzał w dół, gdzie położył pomocniczą kartkę z tekstem. Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Od tego zależała ich przyszłość – od tego, co powie. Dlaczego ciągle o tym myślała?
            – Witam was wszystkich – rozbrzmiał jego głos w mikrofonie. Dopiero teraz tłum się opanował. – Każdy z nas dobrze wie, dlaczego tu się dziś pojawił i choć jest mi ciężko poruszać ten temat, zasługujecie na prawdę i to ją właśnie dostaniecie. – Ludzie nadal nasłuchiwali w spokoju, a Cara czuła, jak jej serce zaczyna łomotać. – Odpowiedź na nurtujące was dotąd pytanie brzmi: tak. Tak, zabiłem mojego ojca i przyznaję się do tego, ale nie miałem innego wyjścia. Ojciec groził komuś, na kim bardzo mi zależy... – Zerknął w jej kierunku. – ...i nie mogłem na to pozwolić, by ona ucierpiała zamiast mnie. Nie mógłbym sobie wybaczyć tego do końca moich dni.
            Cara już rozumiała, do czego miało to prowadzić. Ta szopka była po to, żeby skupić się w mniejszym stopniu na morderstwie, a w większym na miłości. Na nich. Ona i Carter byli przyszłością i należało myśleć o tym, co będzie, a nie o tym, co było.
Wstrzymała powietrze i starała się to wszystko przetrawić. Rozległy się krzyki, których znaczenie ciężko było zdefiniować.
– Niech wypowie się dziewczyna!
– Ta dwójka jest przyszłością naszego narodu!
– Chwała im!
– Uniewinnijcie ich! Oni się kochają!
Później niewiele mogła zrozumieć. Poczuła, że ktoś przytrzymuje ją z tyłu i, gdy się obróciła, ujrzała Cartera. Prowadził ją do ambony, by stanąć na niej we dwójkę i pokazać się przed kamerą umocowaną do lewitującego przed nimi drona. Uśmiechnęła się słabo. Zjadł ją stres, ale stała się utrzymywać pozory. Objęła Cartera w pasie, tak samo jak on ją, ale to jemu, a nie kamerze posłała najszczerszy uśmiech, na jaki mogła się zdobyć.

~*~

Siedzieli oboje w gabinecie wcześniej należącym do ojca Cartera i przez dłuższy czas milczeli. Po przemowie skryli się ponownie w pałacu. Chłopak zaprowadził ją tam, bo chciał spędzić czas do ogłoszenia wyroku w spokoju, tylko z nią. Nieważne, że milczeli. Po prostu chciał czuć jej obecność.
Odwrócił się od okna i zerknął na dziewczynę odpoczywającą na kanapie. Oczywiście zdjęła szpilki, bo ich nienawidziła. Zaśmiał się w duchu. Dziwił się, że Vivian nie odpuściła jej i nie dała żadnego płaskiego obuwia. Sukienka i tak je zakrywała.
Sędziowie nie powiedzieli jego doradcom, jak długo będą oceniali jego zeznania. Tłum chciał zeznań Cary, ale Vivian, dzięki swoim dojściom i perswazyjnej smykałce, odprowadziła sędziów do odpowiedniego pomieszczenia, gdzie nikt nie mógł im przeszkodzić.
– Hej, jak się trzymasz? – Poczuł na swoim ramieniu delikatny uścisk. To Cara wyciągnęła rękę, żeby delikatnie rozmasować jego przedramię.
Uśmiechnął się i podszedł, by przysiąść na krawędzi skórzanej kanapy.
– Zestresowany? Tak sądzę – odparł, śmiejąc się nerwowo. – Wszystko, co powiedziałem, było takie bez sensu… Napisałem to inaczej, lepiej. – Schował twarz w dłoniach. – Cholera, nie zdziwię się, jak mnie odeślą do więzienia.
– Jakiego więzienia? Proszę cię, nie myśl o tym nawet. – Usiadła prosto i przytrzymała go za ramiona. – Nie myśl o tym, słyszysz? Nie wolno nam się załamywać, dopóki nie usłyszymy werdyktu.
Carter westchnął i spojrzał w jej oczy. Jej twarz nie wyrażała niepokoju, jakiegokolwiek strachu. Widział w niej raczej determinację i wolę do działania. Wyglądała tak, jakby była przygotowana na wszystko. Była chyba nawet gotowa działać w jego obronie, gdyby go jej zabrali.
– Podziwiam cię, skarbie. – Przysunął się bliżej i objął ją w talii. – Jesteś moją opoką. Czuwasz nade mną i nie chcesz, żebym załamał się psychicznie. – Pocałował ją w czoło.
– Ładnie to zabrzmiało – skomentowała i zaczęła się cicho chichrać.
Ale czy rzeczywiście się nie przejmowała? Nieprawda. Serce nadal waliło jej mocno i zdecydowanie zbyt często. Myślała, że jak się położy, to uspokoi się, ale milczenie, jakie między nimi trwało, było męką, dopóki sama tego nie przerwała,. Ale musiała się trzymać, bo sobie to obiecała. Może robiła to też dlatego, by zasłużyć sobie bardziej na stanowisko przy boku Cartera?
Drzwi do pokoju otworzyły się i wszedł przez nie mężczyzna ubrany w strój sędziego. Chłopak wstał i poprawił muchę, a Cara zrobiła to samo i stanęła za nim. Trzymała się jego ramienia, bojąc się tego, co zaraz usłyszy.
– Panowie, chciałbym przekazać tę informację na osobności – oznajmił w kierunku strażników, którzy weszli do środka razem z nim. Skinęli głowami i zamknęli za sobą drzwi.
– A więc. Miło jest mi oznajmić, że zostałeś uniewinniony, Carterze Waltersie. – Wyciągnął przed siebie rękę, by uścisnąć jego dłoń. – Cieszę się z obrotu tej sytuacji i nie tylko ja. Nie chciałbym, żebyś komukolwiek powtarzał moje słowa, ale chcę, żebyś wiedział pewną rzecz – powiedział z powagą w głosie, która nawet Carze zjeżyła włosy na głowie.
Zerknęła z dołu na twarz Cartera.
– Oczywiście, oboje będziemy milczeć jak grób, może być sędzia tego pewien – zapewnił, ale sędziego to nie przekonało. – Nie będę jej wypraszał. Jest moją miłością oraz przyszłą żoną, więc będzie dzieliła ze mną wszystkie tajemnice. Nie zamierzam wrodzić się w ojca. Wiem, jest obawa, że mogę odziedziczyć po nim te złe cechy, ale przy Carze nie obawiam się o nic z tych rzeczy. Rozumie mnie sędzia, prawda?
Odpowiedział im szczerym uśmiechem, podczas gdy para spojrzała na siebie nawzajem. Sędzia widział w nich miłość i oddanie. Potrafił przejrzeć ludzi na wylot. Westchnął.
– No dobrze, konsekwencje zostawcie mi – zaczął. – Jak wiesz, rządy twojego ojca cieszyły nieodpowiednią stronę społeczeństwa, a większości w ogóle się one nie podobały. Oczywiście wystąpiły komplikacje, ale zażegnaliśmy je dzięki opiniom paru zaufanych ludzi, którzy chętni będą cię wspierać na dalszej drodze. Chcę, żebyś to, chłopcze, wiedział i ostrzegam, byś był przygotowany na wszystko.
Carter skinął głową.
– Rozumiem i dziękuję za wsparcie. Zrobię wszystko, co w mojej mocy. – Nie chciał mimo wszystko zdradzać swoich przyszłych planów sędziemu. Chciał, by był dumny, kiedy wprowadzi je w życie. Nie potrzebował cieszyć się tym przedwcześnie.
– A teraz zapraszam was na małe przyjęcie na waszą cześć – oznajmił wesoło, rozkładając przy tym ręce. Podszedł do drzwi, ale to Carter podbiegł do nich prędko, by je otworzyć.
Cara, przechodząc obok nich, posłała Carterowi pytające, a zarazem rozbawione spojrzenie. Owszem, cieszyła się z pozytywnego werdyktu sędziów, ale też mocno się zdziwiła, kiedy chłopak otwarcie wyznał swoje uczucia wobec niej. Czyżby naprawdę kochał ją tak mocno, że naprawdę myślał już o małżeństwie?
Kiedy usłyszała jego ciepłe słowa, od razu zrobiło jej się ciepło na sercu i prawie uroniła łzę ze wzruszenia.
Podążali schodami na dół, uśmiechając się do siebie szczęśliwie. Trzymała się jego ramienia i tak zeszli, a tam przywitały ich gromkie brawa personelu pałacowego, doradców i wszystkich innych, którzy się tam zebrali; Cara była zbyt oszołomiona, by ich rozpoznać.
Wszyscy byli zjednoczeni w sali balowej. Nie została przystrojona, bo i niby kiedy, skoro nikt nie mógł przewidzieć werdyktu ostatecznego. I tak wyglądała bajecznie. Kiedy zeszli ze schodów, wręczono im kieliszki z szampanem. Ciemnowłosa już wiedziała, że będzie się krzywić i spojrzała błagalnie na swojego chłopaka.
– Dasz radę – szepnął tylko i pocałował ją w usta, na co tłum zareagował radośnie, a ją to niesamowicie rozbawiło.
Unieśli kieliszki do góry, wpatrując się w twarze gości, po czym wszyscy wypili ich zawartość na raz.
– Wiedziałam, że tak będzie. – Roześmiała się, zasłaniając usta z rozbawienia.
– Uwierz, że przywykniesz do tego smaku. – Odstawił kieliszek na bok i objął dziewczynę w pasie.
– Carter, nie przy wszystkich – zagroziła mu, ale on nic sobie z tego nie robił. Znowu ją pocałował i chciał po raz trzeci, ale odsunęła go od siebie i pokręciła głową. Rzecz jasna nie zrobiła tego złośliwie.
– Dobrze już, dobrze. – Uniósł ręce w geście obronnym. Zwrócił się do gości. – Dziękuję wam wszystkim za to, że tu jesteście! Za to, że mnie wspieracie – powiedział. – Mnie i moją ukochaną. – Spojrzał na Carę. – Nie zawiodę was, obiecuję to! Postawiłem sobie cel: być lepszym od własnego ojca. Mam nadzieję, że będę kroczył dobrą drogą i nie zboczę z niej. Dzięki nam Stolica stanie się lepszym miejscem, a kraj najwspanialszym na tej ziemi! – zawołał radośnie, a tłum zawtórował mu.
Czyżby sędzia miał rację? Wszyscy ci ludzie tylko czekali, aż rządy ojca Cartera dobiegną końca, by to jego syn zajął jego miejsce? W takim razie kto cały czas trzymał pieczę nad tym, by wszystkie działania szły w złym kierunku? Zaczęła się zastanawiać nad tym, jakim cudem społeczeństwo w większości nie stawiało oporu. Czyżby media tak zaślepiały ich, że nie byli świadomi tego, co działo się na świecie? Społeczeństwo mogło się domyślać, ale czy byli zastraszani, że nie zdecydowali się działać?
Tyle pytań, zero odpowiedzi. Złapała się za głowę. Naprawdę potrzebowała poważnej rozmowy z Vivian. W głowie dołączyła te pytania do wszystkiego, o czym rozważała również rano.
Musiała się opanować, ponieważ zaczęli kręcić się po sali i zabawiać gości rozmową. Nawet nie zwróciła uwagi, w którym momencie z głośników zaczęła grać muzyka. W rogu ustawiono stół z przekąskami, gdyby ktoś przypadkiem zgłodniał, a zaraz obok drugi, z przeróżnymi napojami.
– Przepraszam, pójdę po coś do picia – oznajmiła, odłączając się od Cartera i jego towarzyszy rozmów. Już po chwili trzymała w dłoni kieliszek z winem.
– Szampan ci nie służy, hę? – zagaiła Vivian.
– Vivian! Jak dobrze, że tu jesteś. – Ciemnowłosa zaciągnęła kobietę na stronę. – Mam kilka pytań i nie potrafię z nimi poczekać. Wszystko równie szybko wylatuje mi z głowy, co do niej wpada – mówiła bardzo chaotycznie, ale zorientowała się, że może zaraz wylać zawartość kieliszka, więc przynajmniej zapanowała nad rękami. – Wiesz, o co mi chodzi.
– No dobrze, dobrze, słucham cię. Skoro to takie ważne, zamieniam się w słuch, mów.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i upiła łyk wina.
– Mówiłaś, że ludzie ze Stolicy wiedzą o biednych prowincjach jak moje miasteczko, ale dlaczego nigdy nic z tym nie robili?
Vivian musiała odetchnąć.
– Bo nikt nie ma na to wpływu. Jednym jest dobrze z takim układem, bo mają co jeść, z czego budować swoje domy czy nawet wille, więc czemu mieliby działać przeciwko temu systemowi? – objaśniła, udając przed innymi, że prowadzą między sobą całkiem normalną rozmowę. – Reszta, która wie i nie podoba im się to, najzwyczajniej w świecie się boi. Tata Cartera miał ogromną władzę i był zdolny do wszystkiego. Sama o tym dobrze wiesz, bo mieszkałaś w Livery. Jego nie obchodziła wasza walka o przetrwanie, a my... – Ucięła na chwilę i podrapała się po nosie. – ...my zawsze chcieliśmy coś z tym zrobić. Powinniśmy być sobie równi i każdy powinien pracować tam, gdzie chce i zarabiać tyle, ile powinien, w zależności od wykształcenia i wyboru pracy.
– Czyli tak, jak myślałam – powiedziała szeptem, pozostając chwilę w zamyśleniu.
– Zainteresowałaś się tym głębiej, jak widzę – zauważyła Vivian, sącząc wino. – Ale lepiej zachowaj to na razie dla siebie. Nie chcemy, żeby nieodpowiednie osoby dowiedziały się o tym, co myślisz.
Stuknęła Carę kieliszkiem w ramię.
– Więcej ci nie powiem, bo to nie dzień na takie rozmowy. Jedno pytanie, obszerna odpowiedź. Mam nadzieję, że jesteś zadowolona, a teraz wybacz, czekają na mnie obowiązki – odparła i ruszyła dumnym krokiem w kierunku grupki śmiejących się mężczyzn w różnym wieku, odzianych w bardzo eleganckie garnitury.
Została więc sama. Rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu Cartera, ale nie mogła go tak prędko odnaleźć. Zajęła się więc winem i chyba był to już jej drugi kieliszek, bo wiedziała, że jeden na pewno skończyła, ale jak ten drugi znalazł się w jej dłoni? Nie odnotowała. Za często uciekała gdzieś myślami i stwierdziła, że powinna zacząć się pilnować. Mało brakowało, żeby straciła świadomość i weszła w ścianę. To by była dopiero komedia.
Przemieszczała się wśród gości, uśmiechając się do każdego, z kim złapała kontakt wzrokowy. Miała nadzieję, że do tej pory zrobiła na nich dobre wrażenie.
– Tato! – zawołała radośnie, gdy go ujrzała, i rzuciła mu się w ramiona. – Cały dzień cię nie widziałam! Przepraszam, byłam trochę nieobecna, a chciałam z tobą porozmawiać i…
– W porządku, skarbie, nic się nie stało – uspokoił ją i odsunął od siebie. – Nie miałem wcale nudnego dnia, uwierz mi. – Pogłaskał ją po głowie. – Jak się trzymasz?
– Chyba dobrze, tak sądzę. – Uśmiechnęła się. – Ale zgubiłam gdzieś Cartera, nie widziałeś go gdzieś tu?
– A, widziałem go gdzieś tutaj przed chwilą. – Rozejrzał się teatralnie po sali i zrobił tajemniczą minę do czegoś, co było za nią. Uniosła brew i posłała tacie pytające spojrzenie, ale ten przytrzymał ją. – Chyba jest za tobą.
– Carter.
– Cara.
Roześmiali się.
– Szukałam cię, gdzie mi zniknąłeś? – spytała, ale ją zignorował. Spojrzał znad jej ramienia na pana Farrella i puścił do niego oczko.
– Chodź, skarbie. Goście już powoli się zbierają, więc my też możemy – oznajmił, chwytając ją pod ramię i prowadząc w kierunku wyjścia.
– A tata? – Obróciła się przez ramię, ale zdążył już zniknąć w tłumie. Westchnęła. – W sumie też jestem już trochę zmęczona. Nie zauważyłam nawet, jak ten czas szybko zleciał.
Chłopak skinął głową, a wydawał się aż zbyt wesoły. Posłała mu podejrzliwe spojrzenie. Nic to nie dało.
– Polubili cię – wyznał w drodze do pokoju. – Choć nie rozmawiałaś z nimi zbyt wiele, kilkoro z nich powiedziało mi, że wydajesz się dobrą dziewczyną. Nie uśmiechałaś się do nich z przymusu, byłaś szczęśliwa. – Przystanął przed drzwiami. – Bo jesteś, prawda? – spytał.
– Jestem. – Zamrugała kilkakrotnie. – Da się chyba zauważyć, co nie? – Uśmiechnęła się słodko. Dała mu całusa w policzek i weszła do środka.
Pierwsze, co zrobiła, to ściągnięcie butów. Pozbyła się ich z radością, tak jak i rozpięła włosy, by opadły kaskadą na jej plecy. Odetchnęła głęboko. Cieszyła się, że była już poza zasięgiem tych wszystkich ludzi.
– Wiem, że może jest na to trochę za wcześnie – zaczął mówić, czym zwrócił jej uwagę. – Wiesz dobrze, że cię kocham i jesteś dla mnie całym światem. – Podszedł do niej, gdy odwróciła się przodem. – Nigdy wcześniej nie kochałem nikogo tak, jak ciebie. To, co czuję… jest nie do opisania. Jest wyjątkowe. – Chwycił ją za dłonie. – Chcę, żebyśmy mieli razem wspaniałą przyszłość. Chcę dać ci szczęście pod każdym względem. Myślałem o tym wszystkim od dłuższego czasu. Całą drogę, jaką przebyliśmy stąd do Livery, i z powrotem. – Zmieszał się i zaśmiał, odwracając głowę. – Zaraz pewnie powiesz, że to absurd, że na to jest za wcześnie, ale ja tak nie uważam. Darzę cię tym uczuciem od tak dawna, że nawet sobie nie wyobrażasz.
Puścił jej dłonie i przyklęknął na kolano.
– Carter… – zaniemówiła. Chłopak wyjął z kieszeni marynarki małe, czerwone pudełeczko i otworzył je przed nią.
– Czy zostaniesz moją żoną i będziesz mnie wspierać do końca życia, Caro Farrell? – Oczy zaszkliły jej się łzami. Była w stanie jedynie skinąć głową. Padła na kolana i przytuliła się do niego tak mocno, jak tylko potrafiła.
– Tak, tak, zdecydowanie tak! – krzyknęła z radością i pocałowała go, nie mogąc powtrzymać wodospadu łez.
– Naprawdę? – Spojrzał na nią uradowany. – I nie uważasz, że jest na to za wcześnie? – spytał tak dla pewności, ale Cara tylko uśmiechnęła się szerzej.
– Nie mam pojęcia, Carter. Ja wiem tylko, że cię kocham, tak samo jak ty mnie i uważam, że nigdy to się nie zmieni. Zrobiłabym dla ciebie absolutnie wszystko. – Urwała, wpatrując się przez dłuższą chwilę w jego przepiękne oczy. – Czułam coś do ciebie od dawna, ale nie potrafiłam ci tego wyznać, bo… sam widzisz, jak wszystko potoczyło się w moim życiu.
W międzyczasie chwycił ją za prawą dłoń i wsunął na serdeczny palec złoty pierścionek z niewielką cyrkonią. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Był taki delikatny, ale zarazem czarujący. Pamiętała, że pierścionek zaręczynowy jej mamy, który dostała od taty, wyglądał zupełnie inaczej. Był bardziej skromny. Nagle ją oświeciło.
– Carterze Waltersie, czy to właśnie dlatego zniknąłeś z moich oczu na imprezie? Pytałeś się mojego tatę o błogosławieństwo? – spytała, zarzucając mu ręce na szyję. W odpowiedzi skinął głową twierdząco, a potem nie mógł się powstrzymać od całowania swojej przepięknej żony.
Ta noc była ich nocą. Była ich szczęściem i przyszłością. Nie wiedzieli, co czeka ich następnego dnia i tak zamierzali właśnie żyć. Z dnia na dzień, ciesząc się sobą, zajmując się ważnymi sprawami w interesie kraju, który leżał u ich stóp.


Betowanie: Frix


Koniec części pierwszej.