V Wybranka

środa, 14 czerwca 2017

Rozdział 11


            Tej nocy Cara wyśniła najpiękniejszy sen, jaki kiedykolwiek miała. Przeżywała raz jeszcze swoją podróż do wodospadu i podziwiała jego piękno podczas pełni księżyca, rozświetlającego całą polanę swoim nieskazitelnym blaskiem. Wszystko wydawało się być identyczne...

            Dziewczyna stała na środku polany, a spomiędzy ździebeł trawy zaczęły unosić się błyszczące światełka, w momencie wypełniając cały obszar przy wodospadzie i nawet nad taflą wody. Kompletnie nie wiedziała, co się działo, ale nie próbowała nawet szukać tłumaczenia. Zatraciła się w tym przepięknym widoku i z wymalowaną na twarzy radością próbowała dotknąć maleńkich świecidełek. Czuła bijące od nich przyjemnie ciepło, gdy krążyły wokół niej, niczym maleńkie, żywe stworzenia.
            Zupełnie jak w bajkach, które opowiadała jej kiedyś mama do snu. Odetchnęła głęboko, ale nie zasmuciła się na wspomnienie o rodzicielce. Co byłby z niej za człowiek, gdyby całkowicie zatraciła się w przeszłości i zapomniała choćby o ojcu, który robił dla niej wszystko przez ten cały czas? Mama by tego nie chciała, na pewno.
            W oddali ktoś krzyczał, ale zbyt niewyraźnie, by mogła zrozumieć. Zaczęła rozglądać się na wszystkie strony, zaciekawiona obcym głosem. Migające światełka parzyły ją w oczy i nie dały możliwości, aby dostrzec stojącą nieopodal postać. Wyciągnęła przed siebie dłoń, jakby chciała jej dotknąć, lecz stała za daleko. Chyba poruszała ustami, ale nie była pewna. Zaczęła iść przed siebie, a postać zdawała się oddalać od niej.
            - Stój – poprosiła, przyspieszając kroku, ale to nie pomagało.
            - Poczekaj, proszę! – Wołała i nie przynosiło to żadnych skutków. Mimo to nie poddawała się i zaczęła biec, lecz cel oddalał się za każdym razem.
            Aż w końcu zniknął…

           
            Południe Cara spędzała z Vivian na najwyższym piętrze rezydencji, gdzie po prostu ze sobą rozmawiały. Strażniczka poprosiła ją, by opowiedziała jej o życiu w jej miasteczku, o ich przyzwyczajeniach, charakterach, najgorszych koszmarach. Zadała jej proste pytanie: jakie jest życie z dala od Stolicy? Ciemnowłosa zaśmiała się pod nosem. Mogłaby książkę napisać o ich… Livery. Dziwnie było znać nazwę swojego miejsca zamieszkania, kiedy nie używało się go przez dwadzieścia lat swojego życia.
            - Pokażę ci coś – odezwała się po dłuższej chwili brązowowłosa, widząc zupełnie niezainteresowanie dotychczasowym tematem, czyli etykietą zachowania. Podniosła się z krzesła i poszła do biurka, by wyjąć z leżącej na nim torebki tablet.
            - Jej, coś nowego… -  mruknęła z udawanym zachwytem Cara. Vivian posłała jej jedynie rozbawioną minę i wróciła na swoje miejsce. Położyła urządzenie na środku stolika i odblokowała. Poklikała parę razy, a oczom ciemnowłosej ukazało się jej miasteczko, tylko że było takie… prawdziwe. Nie potrafiła tego nazwać, ale musiała przyznać samej sobie, że mocno ją to zaskoczyło i podniosła się z miejsca.
            - To – zaczęła – to jest…
            - Hologram – dokończyła za nią prędko, gdy dziewczyna nie mogła się wysłowić.
            - To jest genialne! – krzyknęła z radością, lecz nie na długo. Już po chwili opadła z powrotem na krzesełku ze zrezygnowaniem. Owszem, hologram wyświetlał jej miasteczko, ale nie takie, jakim było kiedyś. Teraz widniała tam jedna wielka ruina i pustka. Nie zauważyła na nim żadnej żywej, poruszającej się istoty, jakby życie tam przestało istnieć.
            Albo co gorsza, nigdy go tam nie było.
            Vivian zaklęła na siebie w myślach, bo przecież nie chciała niepotrzebnie zasmucać biednej dziewczyny, więc zaczęła pospiesznie zmieniać temat.
            - Naukowcy stworzyli specjalne kamery z wbudowanymi skanerami, dzięki czemu posiadamy teraz te holograficzne mapy – tłumaczyła, przełączając widok Livery na Stolicę. Dziewczyna nie mogła przestać się gapić na to cudo. Choć może nie wyglądało idealnie, bo hologram chwilami drgał i nie posiadał innych kolorów, niż blady odcień niebieskiego, to i tak robiło na niej wrażenie.
            - Ale jak? – szepnęła po chwili, nadal nie odrywając wzroku od hologramu. – Co to jest za technologia? Przecież my jej nawet nie znamy… - zaczęła pytać, szukając sedna. W rzeczywistości w miasteczku mieli do dyspozycji jedynie słabe odbiorniki telewizyjne, w których wyświetlano jeden kanał, pogodę czy wiadomości. Na Murze umieszczony był telewizor plazmowy i to jedyna rzecz najnowszych technologii, jaką znali.
            Vivian westchnęła, starając się zebrać odpowiednie słowa.
            - Rząd nie chce nowych technologii w pogranicznych miasteczkach, bo uważa, że byłoby to marnowanie zasobów – tłumaczyła, ale dla Cary wcale nie był to dobry argument.
            - Każdy chce zachować to co najlepsze dla samego siebie – oznajmiła z westchnieniem ciemnowłosa. Vivian położyła swoją dłoń na jej.
            - Cara, złotko – zaczęła powoli, zmuszając dziewczynę do spojrzenia na nią. – Oni nie ukrywają przed mieszkańcami Stolicy tego, w jakich warunkach jesteście zmuszeni żyć. Problem tkwi w ludziach, którzy w połowie zawsze będą stać za słowem Rządu, a druga połowa będzie wam współczuć i próbować działać. Niestety jedna połowa jest zbyt silna, by druga mogła ją przebić… - Mówiła o polityce, co dla ciemnowłosej było niejasnym tematem, bo zupełnie na czym innym się skupiała w tym momencie, jednak wiedziała, że jej rolą będzie przekonanie prezydenta wschodu do zaniechania ataków, więc i nauka o polityce wliczała się w jej zajęcia codzienne.
            - Ale dlaczego nawet nie wiemy, że coś takiego zostało wymyślone? A te wszystkie automatyczne bramy? Dziwne pojazdy? – Zalała brunetkę falą pytań, które w gruncie rzeczy nie powinny wypłynąć wcale z jej ust, więc szybko ugryzła się w język.
            - Skąd o tym wiesz? – Kobieta ścisnęła ją mocniej za dłoń.
            Cara nie wiedziała, czy powinna jej to mówić, ale fakt, że znajdowała się w obcym środowisku sprawił, że zdecydowała się nie kłamać. Sama widziała na własne oczy, jednak zdecydowała się nie pytać o to chłopaka podczas ich wycieczki. Spodziewała się, że w końcu jej to wytłumaczą w pałacu.
            - Carter zabrał mnie na spacer nocą do wodospadu. -  Przełknęła ślinę, wyczekując wywodu na temat nieodpowiedzialności, jednak to co usłyszała w zupełności zwaliło ją z nóg.
            - Tak, w Stolicy najnowsza technologia jest coraz częściej praktykowana i wykupywana przez ludzi najbogatszych. – Westchnęła. – Chciałabym powiedzieć ci więcej, ale nawet ja nie mam zielonego pojęcia o tym, dlaczego nie pomagają wam, skoro pieniędzy starczyłoby na polepszenie warunków. Nie popieram polityki Rządu  i zawsze starałam się ingerować ile mogłam, ale ostatecznie i tak przegrywałam. – Spuściła głowę  i zabrała swoje dłonie ze stołu. Hologram nadal kręcił się w kółko, a Stolica nadal wyglądała niczym świat utopijny dla każdego, kto tu nie mieszkał.
            Carze zrobiło się głupio, bo kobieta mogła sobie pomyśleć, że ją obwiniała o coś, a tak naprawdę była jej wdzięczna. Od początku była dla niej przychylna i  nigdy nie powiedziała złego słowa. Rozumiała jej sytuację oraz najwyraźniej współczuła jej tego, co ją spotkało. Choć nie miała żadnego dowodu na to, że rzeczywiście stawała w obronie każdej przygranicznej mieściny, to wierzyła jej w stu procentach. Po prostu to czuła.
            - Jak długo? – spytała krótko, trochę nieprecyzyjnie, lecz Vivian dobrze wiedziała, o co chodziło dziewczynie.
            - Korzystamy z nich od ponad dwóch lat. – Mówiła o technologii. Mieli ją dwa lata i nie powiedzieli ani słowa? Prychnęła, nie dowierzając. Od początku żywiła nienawiść do prezydenta, który przecież powinien pomagać, a nie wysługiwać się tymi gorzej urodzonymi. Miała co do niego zupełną rację i już wiedziała, że ich pierwsza rozmowa nie będzie wyglądała przyjemnie. O ile zamierza do niej dojść w ogóle.
            - Po prostu w to nie wierzę – szepnęła, opierając się swobodniej na krześle. – Te wszystkie maszyny na niebie… - Przypomniała sobie ten prawie ostatni dzień w jej miasteczku. Spadające bomby, wybuchy. Chaos.
            Vivian skinęła głową.
            - Wszystko rozpowszechniło się w mgnieniu oka. Handel. – Oczywiście, bo tak to działa. Jedni zyskują, a inni tracą. W tym wypadku wielu ludzi straciło dach nad głową. W imię czego? Zachcianek? Pieniędzy? Wygody? To było nie do pomyślenia, ale nie mogła znowu marudzić przy brązowowłosej. Urodziła się tu, ale może czułaby się obarczona winą, choć tak naprawdę nie leżała po jej stronie, a prezydenta.
            Rozmawiały krótko o jutrzejszych zajęciach, a potem dziewczyna była już wolna, więc udała się prosto na salę treningową. Potrzebowała ukojenia w postaci wyładowania emocji. Chyba powinna poprosić służbę o jakieś leki na uspokojenie, bo od kiedy przybyła do pałacu, denerwowała się bardziej, niż we własnym domu. Trener zerknął na nią tylko kątem oka, ale nie wygonił jej. Zajmował się jednym ze swoich uczniów na poboczu i ignorował jej obecność, co w prawdzie było dla niej tylko korzyścią w tej chwili.

           
            Carter krążył po sali obradowej, dopóki nie uspokoił go ochroniarz, uprzejmie zwracając uwagę, że zaraz zrobi dziurę w podłodze. Chłopak bardzo go lubił i nawet chciał się uśmiechnąć, ale za bardzo przejmował się czynami swojego ojca. Kilka minut wcześniej zawitała do niego Vivian, wyjawiając szczegóły jej dzisiejszej rozmowy z Carą. Cóż, w zasadzie nie dziwił się niczemu, co usłyszał, biorąc pod uwagę jego wizytę w miasteczku dziewczyny, nie działo się dobrze. Niestety był tam tylko przelotnie, bo ojciec upierał się, że po prostu powinien zacząć interesować się tym, czym będzie w przyszłości zarządzał, więc nie zaglądał nikomu do domu i nie ingerował w życie prywatne, bo jak by to wyglądało? Musiał po prostu uwierzyć dziewczynie i naprawdę nie zaprzeczał, bo nie sądził, że mogła kłamać.
            - Aż głupio mi się robi, kiedy o niej teraz myślę – wyznał w końcu, zasiadając na odsuniętym wcześniej krześle przy podłużnym stole. – Jak my właściwie tych ludzi traktujemy? Sami żyjemy jak w niebie, a oni robią nam za niewolników. A przecież nasze prawo tego kategorycznie zabrania! – Oburzył się i na chwilę zamilknął. Na całe szczęście był tu sam z Frankiem, swoim ochroniarzem.
            Analizując swój wybuch złości uświadomił sobie, że prawo było łamane mimo wszystko na każdym kroku, tylko w niektórych kwestiach zostawało to przyćmione milczeniem dlatego, że wpływało to na korzyść dwóch osób, bądź więcej. Dajmy na to słynne „domy rozkoszy”, które istnieć nie powinny, a jednak każdy o nich wie, tylko nie mówiło się o tym głośno. Przecież to jakaś paranoja!
            Szkoda, że Carter dopiero teraz zaczął dostrzegać te smutne prawdy i że tylko jego w zasadzie to obchodziło.
            - Panicz powinien odpocząć – zasugerował mężczyzna, przysuwając się nieco bliżej ciemnowłosego chłopaka. Fakt, wcześniej odbył bardzo ciężką dyskusję wraz z przedstawicielami poszczególnych firm i był zmuszony borykać się z nimi sam, gdyż jego ojciec postanowił wyjechać w ważnej sprawie. Tak nagle. Nic mu nie mówiąc.
            - Tak wiem, Frank. Wiem – mruknął tylko i spuścił na chwilę głowę.
            Od bardzo niedawna zaczął dostrzegać błędy ojca i falę złości, która przemawiała przez połowę społeczności w Stolicy. Te mniejsze miasteczka, zwane „roboczymi”, zostały przez nich bardzo zaniedbane pod każdym względem. Gdy wtedy odwiedził miasteczko Cary, był przerażony wyglądem niektórych dzieci, a co dopiero dorosłych kobiet i mężczyzn w fabrykach. Zbytecznie racjonowano im jedzenie. Mieli go zdecydowanie za mało! Ale ojciec nie chciał słuchać. Wielki Pan Prezydent…
            Prychnął. Nie mógł już tego znieść.
            - Jakie jest jej nazwisko? – Spytał nagle, choć sam nie wiedział dlaczego. Po prostu o tym pomyślał i stwierdził, że go nie znał.
            - Panienki Cary? – dopytał się na wszelki wypadek Frank. Carter skinął głową. – Farrell. Ale Panienka nie lubi, gdy się go używa, jeśli interesowałoby to Panicza – oznajmił po chwili, wychwytując zamyśloną minę chłopaka.
            - A to dlaczego? – Mocno się tym zdziwił i spojrzał na swojego ochroniarza z niedowierzaniem.
            - Cóż, Panienka mi mówiła tylko tyle, że u nich nie używa się nazwisk. Każdy jest kimś, kogo się po prostu zna, a selekcjonowanie nazwiskami uznają za coś złego, bo zwykle nimi kierują się tylko straże, podczas rozdawania racji żywnościowych – objaśnił.
            Chłopak nie mógł tego pojąć. Ogólnie ostatnio wszystko go przytłaczało. Sprawy z ojcem, sprawy państwowe, Layla, uczenie się o zwyczajach poza Stolicą… Jedyną miłą rzeczą, która go spotkała, był nocny spacer nad wodospad z Carą. Wtedy nie myślał o problemach, które nie dotyczyłyby go wcale, gdyby nie urodził się wysoko postawioną personą.
            Miał już dość, więc poprosił Franka, żeby przyszedł po niego jutro o tej samej porze, co zwykle i skierował się do swojego pokoju.